Wspomnienia Lily

- Wyżej Tuniu! Jeszcze, jeszcze! – krzyczała mała dziewczynka z promiennym uśmiechem na okrągłej buzi.

- Nie będzie wyżej, bo spadniesz! – pouczyła ją starsza siostra nieco przemądrzałym tonem. Zawsze tak mówiła, chociaż Lily nigdy wcześniej nie spadła.

- To może jednak pójdziemy na karuzelę, co? – zaproponowała Petunia. Kiedy się odwróciła, jej wzrok padł na przeraźliwie chudego chłopca ze starymi bliznami i nowymi zadrapaniami na twarzy, ubranego w za duże, stare i poniszczone ubrania. Skrzywiła się teatralnie. Miny wyrażające dezaprobatę i pogardę miała opanowane do perfekcji, mimo swoich niecałych siedmiu lat.

- To ten chłopak, z którego wszyscy się śmieją! Dziwoląg, z którym nikt nie chce się bawić. Cannie Oldisch mówiła, że…

Ale mała Lily nie słyszała już, co mówiła Cannie Oldisch. Wiedziała jedno. Najlepsza przyjaciółka Petunii z pierwszej klasy nigdy jeszcze nie powiedziała nic mądrego. Była już w połowie drogi z huśtawki na karuzelę, gdy usłyszała wołanie swojej siostry. Czterolatka wróciła do niej biegiem i nachyliła się nad jej uchem.

- Tuniu, zapoznajmy się z tym smutnym chłopcem i zaprośmy go do zabawy! – powiedziała konspiracyjnym szeptem, z oznakami ekscytacji w zielonych jak trawa oczach. – Na pewno jest mu bardzo przykro, że nikt jeszcze tego nie zrobił.

Rzuciła siostrze proszące spojrzenie i szybkim krokiem odeszła, kierując się na drugi koniec placu zabaw i mając nadzieję, że Petunia jednak za nią pójdzie.

- Lily, nie będziemy się z nim bawić! On jest dziwny, a do tego pewnie brudny i niemiły! To dlatego inne dzieci go nie lubią! – krzyknęła starsza z dziewczynek, dumna z wysnutych przez siebie wniosków. – Nie idź do niego, bo naskarżę mamie! Lily! Lily, jestem starsza i masz mnie słuchać!

Rudowłosa poczuła, jak w jednym momencie jej policzki zrobiły się gorące.

- Dlaczego tak mówisz? Przecież nie wiesz, czy to prawda! On mógł to usłyszeć i teraz może mu być przykro! Jesteś tak samo głupia, jak Cannie Oldisch! Masz do niego iść i natychmiast przeprosić!

Wybuch Lily nie zrobił jednak na starszej dziewczynce żadnego wrażenia. Prychnęła, pogardliwym spojrzeniem omiotła wszystkie dzieci na placu i przybrała na twarz najbardziej wyniosłą minę, na jaką było ją stać. Potem odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę domu, nie odzywając się już więcej. Lily odrobinę nieśmiało podeszła do karuzeli.

- Cześć, jestem Lily. Pobawisz się ze mną?

Chłopiec na początku nie podniósł nawet wzroku. Dopiero słysząc głośne i wymowne chrząknięcie, popatrzył w jej stronę.

- Naprawdę chcesz się ze mną bawić? – spytał z niedowierzaniem. – Siostra chyba nie chciała, żebyś podchodziła.

- Moja siostra była bardzo niemiła. Przepraszam za nią – na piegowate policzki wystąpił rumieniec wstydu. – Ona naprawdę taka nie jest, ona…

- Nic nie szkodzi, przyzwyczaiłem się – mruknął chłopiec, przywołując na twarz nieco wymuszony uśmiech. – Masz ochotę na huśtawkę, czy karuzelę?

- Huśtawkę! – bez chwili wahania krzyknęła Lily. – A tak w ogóle to jak masz na imię?

- Remus. Mam na imię Remus.

- Remusie, zostaniesz moim przyjacielem?

Pierwszy raz od dawna uśmiech zdobiący chudą twarz chłopca był autentyczny.

***

- Obiecałem ci baśnie. Pamiętasz, Lily? Przyniosłem mój stary egzemplarz. Są super, zobaczysz – wyszczerzył się chłopiec.

- A są o magii? Podobne do tych, co opowiadasz ty?

- Tak, ale ja opowiadałem o tym, co zdarzyło się naprawdę. A to są tylko legendy – odpowiedział, stukając palcem w okładkę. Widział na jej twarzy wyraz niedowierzania. Rozsądek bardzo bystrej pięcioletniej dziewczynki podpowiadał jej, że nie istnieją gobliny, duchy, smoki i czarodzieje.

- Wiesz, niedługo przenoszę się do innej szkoły. Ona jest bardzo, bardzo daleko stąd. Będę musiał mieszkać w internacie. To taki dom, gdzie mieszkają uczniowie, żeby codziennie nie dojeżdżać – wytłumaczył, widząc zmarszczony nosek i pytające spojrzenie, które pojawiło się po tym, jak padło słowo „internat”. – I będę przyjeżdżał tylko raz w roku. Na wakacje.

Lily zmieszała się, ale po chwili, udając dzielną i powstrzymując łzy cisnące jej się do oczu, uśmiechnęła się nieśmiało.

- Ja również mogę pójść za kilka lat do takiej szkoły i będziemy mieszkać niedaleko! Zobaczysz, na pewno mnie przyjmą. Będę dużo ćwiczyć matematykę i na pewno się dostanę!

- Ty, mała, chyba nie pójdziesz do takiej szkoły. Ale zawsze możemy do siebie pisać listy. Jutro wyjeżdżam do Londynu, a z Londynu pociągiem do szkoły. Listy możesz zanosić mojej mamie, ona je będzie wysyłać, zna adres.

- Mam jeszcze twoją książkę o magicznych zwierzątkach. Jest naprawdę ekstra. Mogę ją zatrzymać? – spytała rudowłosa z nadzieją w głosie.

- Pewnie, jest twoja.

Oczy dziewczynki rozszerzyły się i zalśniły.

- Dziękuję Remusie. Dziękuję ci bardzo! – wykrzyknęła, po czym wspięła się na palce i cmoknęła go w policzek. – Muszę już lecieć. Mama mnie wołała już dawno temu. Na pewno napiszę!

Kiedy przebiegła przez most, odwróciła się jeszcze, ale chłopca już nie było.

***

Błękitny dym buchnął z kociołka prosto w twarz Lily. Dziewczyna zakrztusiła się duszącymi oparami i przetarła załzawione oczy. Jeszcze raz szybko zamieszała i dorzuciła do mikstury kilka Ognistych Nasion. Substancja zabulgotała i zaczęła wydzielać bardzo nieprzyjemny zapach.

- Zardzewiały kociołek i pogryzione przez mole książki są ciekawsze niż drugie zadanie Turnieju Trójmagicznego?

Evans podniosła wzrok znad zapisanych cyrylicą starosłowiańskich receptur. Rękawiczką, która chroniła jej dłonie, przetarła mokre od potu czoło i uśmiechnęła się delikatnie.

- Dla pana najwyraźniej też, skoro nie siedzi pan teraz na widowni.

- Poniekąd masz rację – powiedział mężczyzna, nie odrywając wzroku od bulgoczącej zawartości kociołka.

Przybysz był wysokim, szczupłym mężczyzną w sile wieku. Na jego twarzy nie widać było wielu zmarszczek, chociaż włosy były już lekko przyprószone siwizną. Na pewno nie był pracownikiem Beauxbatons. Lily nie kojarzyła go również jako członka delegacji z Durmstrangu, czy Hogwartu. Jego elegancki, drogi stój wskazywał, że mógł być jakimś urzędnikiem, albo arystokratą zaproszonym przez dyrektorkę na Turniej.

Zapadła niezręczna cisza. Przerywały ją tylko sporadyczne okrzyki tłumu zgromadzonego na wielkiej arenie, na której odbywało się właśnie drugie zadanie. Pomimo sporego dystansu dzielącego obiekt od szkoły, komentarz i reakcje widzów były słyszalne doskonale.

- Mogę w czymś pomóc? – spytała w końcu Lily.

- W zasadzie tak. Nazywam się Noël de Beauharnais. Pani dyrektor opowiadała mi o tobie i o tym, nad czym pracujesz. Chcę ci pomóc i mam dla ciebie pewną propozycję.

Rudowłosa wyszła zza stołu i ściągnęła rękawiczki oraz fartuszek. Szczerze wątpiła, że nieznajomy byłby w stanie jej pomóc w czymkolwiek, ale była bardzo ciekawa celu jego wizyty.

- Zamieniam się w słuch.

- Widzisz, jestem w stanie zagwarantować ci nieprzerwaną dostawę niemal każdego składnika, jaki tylko mogłabyś sobie zażyczyć, do pracy nad twoim eliksirem. Dysponuję dużymi wpływami we francuskim Departamencie Importu i Eksportu Towarów Magicznych, w Czarodziejskim Instytucie Botanicznym w Kopenhadze, a sam jestem członkiem Międzynarodowej Komisji do spraw Ochrony Zagrożonych Gatunków Magicznych Stworzeń. A jeśli to nie wystarczy, to pomogą też zasoby finansowe, których nie będę szczędził. Dla mnie najważniejsze jest powodzenie twojego przedsięwzięcia. Profesor Lemore powiedziała, że widać już jakieś efekty i że warto w ciebie zainwestować.

- Proszę mi nie wmawiać, że moją pracą zainteresowała się Międzynarodowa Konfederacja Czarodziejów, bo ma zamiar wprowadzić rządową pomoc dla likantropów – powiedziała Lily, nieprzychylnie nastawiona do przechwałek na temat wpływu na władzę i dobrych intencji w stosunku do wilkołaków. – Dlaczego pan chce mi pomóc i czego chce pan w zamian?

- Chcę twojej receptury i wskazówek do uwarzenia takiego eliksiru.

Przybysz widocznie starał się uniknąć podania powodu, dla którego się tu zjawił. Ale dziewczyna nie chciała odpuścić. Utkwiła w jego piwnych oczach intensywne spojrzenie i uparcie milczała. W końcu i on zrozumiał aluzję.

- Niełatwo mi o tym mówić – zaczął, wzdychając ciężko. – Popełniłem w życiu wiele błędów, obcując z potężną magią, której nie potrafiłem okiełznać. Na skutek wielu moich błędów i kilku zbiegów okoliczności sprowadziłem na moją ukochaną żonę ten straszny los. Teraz zrobię wszystko, by ulżyć jej cierpieniom.

Lily poczuła, że do jej oczu napływają łzy.

- Dostanie pan ten przepis i dodatkowo zapas na cały rok gotowej mikstury, kiedy tylko skończę ją dopracowywać – zadeklarowała.

- Jeśli ten eliksir pomoże jej choć trochę, tego samego dnia spłacę dług, który będę miał wobec ciebie.

Rudowłosa nigdy nie pomyślała, że jeśli uda jej się ukończyć eliksir, mogłaby czerpać z tego tytułu korzyści materialne. Po prostu uważała, że wszystkim wilkołakom, niezależnie od sytuacji materialnej ich rodzin, należy się każda możliwa pomoc. Nie potrafiłaby czerpać zysku z tragedii innych ludzi, z ich poświęceń i wyrzeczeń, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że osiągniecie, na które zapalczywie się porwała już kilka lat temu, mogłoby być żyłą złota. Teraz jednak wiedziała, że odmówi zaproponowanych pieniędzy. Zastanawiała się tylko, na ile wyceniłby ulgę swojej żony członek jednego z najbogatszych francuskich szlachetnych rodów.

- Ile dla pana warta jest ta receptura?

Noël de Beauharnais uśmiechnął się smutno.

- Dla mnie, drogie dziecko, ona jest bezcenna.

***

Tego dnia Lily zjadła obiad wyjątkowo szybko. Poprosiła Laurie i Charlottę, by usprawiedliwiły ją z nieobecności na zajęciach z eliksirów i ruszyła w stronę wyjścia. Miała dziś popołudniu w Londynie egzamin z Ziołolecznictwa, który był jednym z pięciu kończących jej kurs Uzdrowicielski. Przygotowywała się do niego długo, chociaż dalej nie była pewna, czy sobie poradzi. Najszybciej, jak pozwalały na to trzewiczki na korku wybiegła z jadalni.

- Lilyanne Evans?

Noël de Beauharnais stał na środku holu i uśmiechał się szeroko.

- Dzień dobry – przywitała się dziewczyna i ruszyła w stronę mężczyzny.

- Nie musisz się tak spieszyć. Poprosiłem panią Thouard o zmianę terminu twojego egzaminu. Masz go za tydzień. Tymczasem razem z moją małżonką serdecznie zapraszamy cię do nas na kolację. To propozycja nie do odrzucenia.

Szlachcic wyciągnął w jej stronę ramię, a ona chcąc nie chcąc ujęła je i pozwoliła wyprowadzić się na zewnątrz. Zaraz po zejściu z marmurowych schodów deportowali się z głośnym trzaskiem. Wylądowali przed wielką żelazną bramą. Na jedno skinienie pana Noëla odźwierny otworzył wrota. Wtedy oczom dziewczyny ukazał się przepiękny pałac. Był zbudowany z jasnego kamienia. Miał dwie kondygnacje i kilka strzelistych wieżyczek na rogach. Wysokie i szerokie okna nadawały budowli delikatnego charakteru. Dookoła roztaczał się cudowny ogród, w którym pracowało kilkoro ludzi. Rosły tam wielkie, rozłożyste drzewa, a w ich cieniu znajdowały się idealnie przycięte na fantazyjne kształty krzewy i egzotyczne kwiaty, których Evans nigdy w życiu nie widziała.

Tuż za bramą czekała na nich karoca. Mężczyzna pomógł Lily wsiąść, a następnie sam usadowił się na miękkim siedzeniu naprzeciwko. Cichutko gwizdnął, a zaprzężony abraksan ruszył, ciągnąc za sobą karocę. Rudowłosa westchnęła z zachwytu. Rzadko widywała abraksany w stajniach Beauxbatons, a jeszcze chyba nigdy z takiej odległości. Promienie słoneczne padały na grzywę zwierzęcia, która dzięki nim lśniła niczym płynne złoto.

- Są piękne, prawda? Tą młodą klacz dostałem w prezencie od pana Blacka. Ale ty chyba już je kiedyś widziałaś. Ponoć dyrektorka ma kilka.

- Tak, ale przeważnie są na wybiegu, gdzie nie wolno nam chodzić – odpowiedziała Evans. – Czemu zawdzięczam tą przyjemność?

- W taki sposób Anne Christine, moja żona, pragnie ci podziękować. Twój eliksir jest genialny i bardzo jej pomaga. Z resztą sama na pewno ci wszystko opowie. Ale zanim dojedziemy do wyjścia, wyrównamy rachunki. Nie będę robił tego przy mojej żonie.

Lily pokręciła energicznie głową i skrzyżowała uniesione dłonie.

- Nie chcę żadnej zapłaty. Nie przyjmę pieniędzy.

- Po pierwsze, każdy dług musi zostać spłacony. Tego wymaga mój honor i prastara magia, która wymusza ład i równowagę w świecie czarodziejów. Lepiej się jej nie sprzeciwiać, bo do wyrównania rachunków dojdzie i tak prędzej, czy później, a mogą z tego powstać jedynie kłopoty. A po drugie, nie chcę ofiarować ci pieniędzy, tylko to.

Noël de Beauharnais sięgnął za pazuchę swojej marynarki i z wewnętrznej kieszeni wyjął małe, bordowe pudełeczko. Drugą ręką chwycił dłoń Lily i położył na niej swój prezent. Dziewczyna obejrzała opakowanie z każdej strony, a potem delikatnie uchyliła wieczko. Jej oczom ukazał się piękny naszyjnik na długim łańcuszku w kształcie dwóch okręgów z klepsydrą w środku. Na złotych okręgach wyryte były starożytne runy, ale Evans nie wiedziała, co oznaczają, bo nigdy nie była zbyt dobra w ich odczytywaniu. Dziewczyna popatrzyła na swojego towarzysza.

- Bardzo dziękuję… – powiedziała. – Co to jest?

- To, drogie dziecko, jest Zmieniacz Czasu. Bezcenny artefakt, o ogromnej magicznej mocy. Na świecie istnieje ich jedynie siedem, a od teraz ty będziesz posiadaczką jednego z nich.

Oczy Lily niemal wyszły z orbit. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszała.

- Ja chyba nie mogę tego przyjąć…

- Możesz i to zrobisz. We Francji już wydano dekret, który zabrania używania Zmieniaczy i nakazuje wszystkie egzemplarze umieścić w Sali Czasu Departamentu Tajemnic. On wiedzą, że ja mam taki. Na pewno przyjdą i przeszukają rezydencję. Na szczęście ty będziesz już wtedy w ojczyźnie. To bardzo dobrze się składa. Teraz nie można się spodziewać po władzy niczego dobrego – westchnął, a Lily ze smutkiem przypomniała sobie o powołanej do życia w ostatnim miesiącu Brygadzie Ścigania Wilkołaków. – Musisz tylko pamiętać o zasadach jego używania. Jeśli ich nie zastosujesz, to może dojść do katastrofy, w której twoja utrata zmysłów byłaby najmniejszą konsekwencją. Dlatego teraz skup się i słuchaj uważnie.

Rudowłosa czuła, jak jej serce przyspiesza swój rytm. Chyba już w głębi duszy podjęła decyzję o przyjęciu prezentu. Szlachcic wyłożył dziewczynie wszystkie owe zasady, każdą z nich powtarzając przynajmniej trzy razy, a ona za każdym razem kiwała głową na znak, że rozumie powagę sytuacji i zapisuje w pamięci każde jego słowo.

- Jesteś mądra – rzekł, chwytając ją za ręce i patrząc jej w oczy. – Wiem, że nigdy nie zmienisz czasu dla zabawy. Miej jednak otwarty umysł, bo zmianą czasu można zrobić tyle samo dobrego, co złego. Jeśli przed decyzją o użyciu Zmieniacza znajdziesz choć jeden powód, żeby tego nie robić, to schowaj go głęboko w szafie i nie ulegnij pokusie. Pozwól światu trwać. Pamiętaj, że czas jest jak rzeka, której potężny nurt wyżłobił sobie miejsce w czasoprzestrzeni. Wkładając w to wiele wysiłku można zmienić jej bieg, budując tamę i kierując ją w inne koryto. Nigdy jednak jej nie zawrócisz. Woda nie popłynie do źródła. A ty nieudaną próbą możesz tylko zniszczyć życie wszystkich pływających w niej stworzeń i samotnie zginąć w walce z żywiołem.

Lily nie wiedziała, co powiedzieć. Zapewnianie, że będzie mądrze używać Zmieniacza wydało jej się zupełnie głupie, a nic mądrzejszego w tym momencie nie przychodziło jej do głowy. Spłonęła więc rumieńcem i wbiła wzrok w swoje kolana. Kareta zatrzymała się przed wejściem do pałacu. Zaraz podbiegł do nich lokaj i pomógł dziewczynie wysiąść z powozu.

 - Uśmiechnij się, Lilyanne – powiedział wesoło pan Noël. – Anne Christine od ostatniej pełni mówi już tylko i wyłącznie o tobie i nie może doczekać się chwili, kiedy cię pozna!

  2 comments for “Wspomnienia Lily

  1. ~Alex
    19 września 2017 o 15:45

    Wiem, że się powtarzam ale to naprawdę świetny pomysł, żeby zebrać wspomnienia w jednym miejscu. Czekam jeszcze na wspomnienia chłopaków i oczywiście na nowy rozdział
    Pozdrawiam,
    Alex

    • ~Drama&Furia
      19 września 2017 o 18:14

      Wspomnienia Jamesa ukażą się niedługo. Nie wiemy tylko, co zrobić z Syriuszem, bo jego wspomnienia będą usuwane z 3 rozdziału i być może strona pojawi się nieco później. Pozdrawiamy ❤

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.