Wspomnienia Jamesa

- Ja się nie zgadzam – powiedziała stanowczo kobieta.

- NO ALE MAMO!!!

- Nie ma takiej opcji. Charles, powiedz im coś.

- Kochanie… a jak nie wypuszczę tłuczków?

- CHARLES, JA SIĘ PO TOBIE NIE SPODZIEWAŁAM CZEGOŚ TAKIEGO!!!

- Mamo no błagamy! – krzyknął ośmioletni, rozczochrany chłopiec.

- Mamusiu prosimy, będziemy tacy grzeczni!!! Przez cały tydzień! – zawtórowała mu chuda, ale równa z nim wzrostem blondynka.

- To prawda! Aż do wtorku!

Dorea Potter spojrzała z rozczuleniem na dwójkę dzieci i przeczesała chłopczykowi włosy.

- Synku, wtorek jest jutro.

James spojrzał szybko na Mary. Ustalaliśmy to. TERAZ!!! Do oczu małej w sekundę napłynęły łzy. Spuściła główkę w dół i zaniosła się cichym szlochem.

- Nawet mama Emilia się zgodziła… – szepnął James, przybierając smutną minę i patrząc głęboko w oczy rodzicom. Charles Potter chwycił za rączkę dużej teczki i szybkim krokiem ruszył w stronę podwórka.

- No i widzisz co narobiłaś? – krzyknął zdenerwowany. – Za mną, gnomy z Doliny!

Dorea wybałuszyła oczy ze zdumienia.

- JEEEEST!!! – krzyknęły na raz dzieci, w moment zapominając o swojej rozpaczy. James podbiegł do ściany domu, o którą oparte były dwie najnowocześniejsze Zmiataczki 1 w wersji medium. 

- Mary, łap! – krzyknął, wzbijając się już w powietrze. Dziewczyna bez najmniejszego trudu chwyciła za uchwyt, ale nie odbiła się już od ziemi tak płynnie i pewnie. Obydwoje podlecieli do pana Pottera.

- Tłuczków nie wypuszczam.

- NO, ALE TATO!!!

- Nie i kropka. Za to wypuszczę znicz. Jeśli uda wam się wbić mi dziesięć goli, to zabiorę was na lody do pana Fortescue i to jeszcze dzisiaj!

- TAAAK!

- A jeśli uda wam się złapać znicz, to dodatkowo zajdziemy do Czarodziejskich Niespodzianek Gambola i Japesa. Ale na waszym miejscu bym się tak nie cieszył… raczej wam się nie uda.

***

- Dla mnie orzechowe!

- A dla mnie malinowe proszę pana!

Charles Potter zaśmiał się krótko i oparł o ladę lodziarni.

- Siadajcie do stolika. Tylko mi się nie poplamić, bo mama nas zabije! – krzyknął. James i Mary usiedli posłusznie na wysokich krzesłach w cieniu i zabrali się do jedzenia.

- Tata jest fajny. Mój by mi nie kupił loda – powiedziała Mary, jednak bez cienia smutku w głosie. – Mama mówi na niego sknerus.

James zmrużył oczy i poprawił uporczywie zsuwające mu się z małego noska okulary.

- A co to sknerus?

- Nie wiem.

Chłopczyk nie dociekając, wziął do buzi prawie pół pierwszej gałki swojego gigantycznego loda i wpadł na genialny pomysł.

- Kto szybciej zje! – krzyknął i nie czekając na aprobatę, wpakował sobie do ust tyle, ile mógł.

- To niesprawiedliwe! Ja się w to nie bawię – zaczęła jęczeć dziewczynka, starając się odgryźć w panice cały wafelek od spodu.

- Ej! Co wy wyprawiacie?! – zaniepokoił się Charles w momencie, kiedy James oddzielał dłońmi masę orzechową od wafla, a Mary złapała w lewą rączkę jej dwie pozostałe malinowe gałki. – Gracie beze mnie? – krzyknął, chwytając za łyżeczkę i podbiegając do dzieci, by w spektakularny sposób pożreć całego loda w mniej niż dziesięć sekund i tym samym zdeklasować swoich przeciwników, wywołując salwę śmiechu.

- O, Potter.

Dzieci odwróciły głowy w stronę dobiegającego ich głosu. Ich oczom ukazał się białowłosy, elegancki jegomość, który pomimo upału miał na sobie czarny płaszcz. Opierał się na lasce, a za nim stał wysoki, szczupły nastolatek o takim samym kolorze włosów.

- Och. Abraxas. Miło cię widzieć – rzekł oschle pan Potter i wyprostował się.

- To mój syn, Lucjusz. Byliśmy u ciebie. Chciałem kupić mu miotłę, ale nikogo nie zastaliśmy.

- Tak, mam urlop. Ale spokojnie, do września jeszcze się pojawię – odpowiedział Charles, oddalając się od stolika, przy którym siedziały dzieci.

- Stawiam knuta, że ten tam jest tak naprawdę bałwanem, ale ubrał się ciepło i się roztopił i zostały mu tylko włosy ze śniegu – szepnął James, wskazując na chłopaka.

- Ty sam jesteś bałwan. Ja stawiam, że oni nie mają swoich włosów, bo im wszystkie wypadły, a teraz przyczepiają sobie na Trwałego Przylepca włosy, które zabrali kozom – wymądrzała się Mary.

- To ty jesteś koza! A ja uważam, że te włosy im wypadły, bo były takie długie, że ciągnęli je po ziemi jak te szaty i jak ktoś za nimi szedł, to przydeptywał i wszystkie im się wyrwały! – krzyknął James, od razu wiedząc, że zrobił to za głośno. Mary szybko przyłożyła paluszek do ust, ale nie mogła powstrzymać śmiechu.

- Cicho, głupku!

- Sama jesteś głupia!

- Nieprawda, bo ty! A ja strzeliłam dzisiaj sześć goli, a ty tylko pięć – dziewczynka uśmiechnęła się szyderczo, pokazując Jamesowi język.

- A ja złapałem znicza! I to już po trzech golach. Jakbyśmy skończyli mecz, to byś nie strzeliła!

- Strzeliłabym!

- Nieprawda!

- Tato!!!

- Cicho, tata gada z bałwanami – palnął chłopiec, wywołując uśmiech na twarzy przyjaciółki. Nagle podszedł do nich pan Potter i chwycił za ręce.

- Zwijamy się do domu – powiedział poważnie. James zasmucił się bardzo, bo mieli jeszcze iść do sklepu z magicznymi sprzętami i już doskonale z Mary wiedzieli, na co tym razem będą naciągać ojca. Jednak Charles deportował się od razu, kiedy tylko opuścili podest ze stolikami należący do Lodziarni. Kiedy weszli do domu, okazało się, że Dorea nie jest sama.

- James, Mary! Chodźcie tu. To jest pani Eva, pamiętacie ją?

- Nie – odpowiedzieli zgodnie.

- Merlinie! Jak wy wyglądacie?! – krzyknęła pani Potter. – Przepraszam cię, kochana, oni są po prostu…

- Och, nie przejmuj się! Mam wrażenie, jakby moi chłopcy wczoraj tacy byli.

Pani Eva była krępą, niską kobietą o kręconych włosach. Zaśmiała się promiennie i podała dzieciom po paczce Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta.

- Dziękujemy pani!

- Och, a w tym roku już zdają  OWUTEM-y… OWUTEM-y, macie pojęcie?

- Śpię u Mary! – krzyknął szybko James, po czym obydwoje zniknęli za drzwiami domu. Przez całą drogę nie zamienili ze sobą ani słowa. Obydwoje bardzo czekali na ten wieczór, bo Sam Macdonald obiecał im, że na kolację zrobi hamburgery z frytkami, takie same, jakie widzieli na plakatach porozwieszanych po okolicy, a później pojeżdżą po Dolinie prawdziwym mugolskim skuterem. Kiedy wpadli do domu, pani Macdonald wybałuszyła oczy ze zdziwienia.

- Cześć, mamo! – krzyknęli naraz.

- Merlinie! Jak wy wyglądacie?!

***

Czterech trzecioklasistów szło najciszej, jak tylko potrafili korytarzem na czwartym piętrze zamku. Przykryci byli wielką Peleryną Niewidką, która zakrywała ich w całości. Czasem tylko, za sprawą najwyższego z chłopców jedna czy dwie nogi wystawiły się poza bezpieczny obręb. Każdy z nich miał w jednej ręce różdżkę. Mały blondyn co chwilę marudził, że chce wrócić do łóżka.

- Nie znajdziemy jej, nigdy, naprawdę! Ona nie istnieje, to taka legenda…

- Cicho bądź, bo nas wszystkich znajdą i wlepią szlaban – warknął szeptem chudy chłopiec w wyjątkowo rozczochranych włosach. – Nie cykaj, idziemy. Jestem pewien, że musi być gdzieś na skraju zamku!

Kiedy wkroczyli na schody, te od razu poruszyły się, zmieniając swoje położenie.

- Niech to szlag! – krzyknął czarnowłosy chłopak, odgarniając zawadiacko zwisający kosmyk ze swej twarzy. – Potter, ja cię zapewniam, że Salazar Slytherin nie ukrył swego tajemnego pokoju w jakiejś wieży! Raczej w najniższym punkcie zamku!

Najwyższy i najchudszy z chłopców trzymał w ręku rolkę pergaminu, która co chwilę mu się rozwijała, robiąc przy tym niemały hałas i zawzięcie coś ciągle notował.

- Zgadzam się z Syriuszem – powiedział. – Obstawiałbym lochy, a przez ciebie, Potter, zaraz nas ktoś nakryje i dostaniemy szlaban do końca roku. Oby nas tylko nie wylali! – szepnął, wyraźnie przestraszony. Mały dowodzący jednak nie dawał za wygraną.

- Mówię wam, najciemniej pod latarnią! Zobaczycie, że się okaże, że wejście do Komnaty Tajemnic jest w naszym dormitorium – wycedził, chcąc uciąć już ten temat.

- Halo? Ktoś tu jest? – usłyszeli nagle cichy, dziewczęcy głos dobiegający ich z prawej strony. Wszyscy stanęli jak wryci. Peter pisnął przeraźliwie i zaczął się trząść ze strachu, Remus jął w pośpiechu zwijać swój pergamin w rolkę, a Syriusz wykonał do Jamesa minę pod tytułem „przez ciebie będę mieć drugi szlaban w tym tygodniu”. Potter doskonale znał tę minę, miał bowiem wrażenie, że w ciągu ostatnich dwóch lat widział ją już co najmniej sto razy. Uśmiechnął się przepraszająco do przyjaciela i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu właściciela owego głosu.

- Może to z obrazu – szepnął cicho z nadzieją.

- Lumos Maxima! – krzyknął dziarsko głos, a światło zapaliło się dosłownie dziesięć cali od twarzy Jamesa. Trochę oślepiło ono chłopców, ale chwilę później postać, jako że nie zauważyła nikogo, odwróciła się na pięcie, przeszła kilka metrów w prawo i usiadła na dywanie pod ścianą. Wtedy chłopcom ukazała się niska dziewczynka w burzy brązowych loków i szacie szkolnej z krawatem w barwach Ravenclawu. James spojrzał porozumiewawczo na Syriusza, a ten kiwnął ochoczo głową i bez żadnego wahania zrzucili z siebie Pelerynę Niewidkę.

- AAA!!! – krzyknęła dziewczyna, unosząc różdżkę.

- Ciiii! – zaczęli ją uspokajać chłopcy, podchodząc do niej. Brunetka opuściła różdżkę, a James i Syriusz usiedli obok niej i zaczęli się prześcigać w pytaniach.

- Jak się nazywasz?

- Jesteś z Ravenclawu?

- Co tu robisz zupełnie sama?

- W środku nocy?

- Nie boisz się?

- Podobam ci się?

Remus i Peter też zbliżyli się do zgromadzenia, ale bardzo niepewnie. Na twarz dziewczynki wpełzł uśmiech ulgi. Wzięła głęboki wdech i zaczęła mówić.

- Cześć, jestem Marlena Johnson. Siedzę tu sama dlatego, że zostałam trochę dłużej niż wszyscy na kolacji i tak w zasadzie to nie mogę wejść już do Pokoju Wspólnego. Dlatego tu sterczę. A wy to kto? – zapytała wesoło.

- Ja to James Potter.

- Syriusz Black. Niezmiernie mi miło.

Dziewczyna pacnęła się w czoło.

- No jasne! Że też was nie poznałam. Przecież wy gracie w Quidditcha w Gryffindorze! – zaśmiała się. James i Syriusz już chcieli zacząć się przechwalać swoimi umiejętnościami, kiedy nagle zapobiegł temu Remus.

- Czyli nie znasz odpowiedzi na pytanie? – zapytał nieśmiało. Marlena spojrzała w górę na jego twarz i kiwnęła głową, zawstydzając się nieco. Potter spojrzał pytająco na swego czarnowłosego przyjaciela, ale po jego wyrazie twarzy wywnioskował, że on również nie rozumie, dlaczego Krukoni nie mogą po określonej porze wchodzić do Pokoju Wspólnego, ani o co chodzi Remusowi z jakąś odpowiedzią na pytanie. Lupin za to kucnął przy nich i szepnął cicho:

- Możemy ci pomóc.

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.

- Naprawdę? Dziękuję wam! Głowię się nad tym już czwartą godzinę, ale to jest strasznie dziwne. Wydaje mi się, że cały czas podaję poprawną odpowiedź! Tą kołatkę już trzeba by było z tych drzwi wyrwać! – dodała głośniej, w stronę wejścia. – To znaczy… ekhm… oto treść zagadki: ojciec Julii ma pięć córek. Ambey, Bambey, Cambey i Dambey. Jak ma na imię piąta córka? – wyrecytowała.

- Embey! – krzyknęli na raz James z Syriuszem.

- Carmen! – odezwał się Peter. Wszyscy od razu spojrzeli się pytająco na chłopca, a ten chyba uzmysłowiwszy sobie, że powiedział coś głupiego, wlepił wzrok w swoje kapcie.

- To proste – uśmiechnął się zarozumiale Remus. – Odpowiedź brzmi: Julia.

Drzwi do pokoju wspólnego Ravenclawu otworzyły się wolno, a oczom Huncwotów ukazało się piękne, przestrzenne pomieszczenie. Było jasne, o marmurowych ścianach, a meble obite były pięknym, niebieskim aksamitem. Na suficie o owalnym kształcie świeciły gwiazdy, podobnie jak w Wielkiej Sali w pierwszy dzień roku szkolnego. Nie było tam kominka, za to w zagłębieniu jednej ściany znajdowała się mała biblioteka. Na wejściu do niej stał naturalnych wielkości pomnik Roweny Ravenclaw z pięknym diademem na głowie, a po obu stronach wejścia znajdowały się wysokie filary, na szczycie których osadzone były dwa złote orły z rozwartymi skrzydłami. Chłopcy stali tak chwilę, podziwiając ten zdumiewający salon, tak bardzo nie przypominający Pokoju Wspólnego Gryfonów. Nagle jednak Marlena odchrząknęła, przerywając ciszę. Kiedy wszyscy znów spojrzeli w jej kierunku, ta podeszła do każdego i pocałowała delikatnie w policzek.

- Dziękuję za ratunek – powiedziała wesoło. – Możecie tu przychodzić częściej. Siedzę tak co najmniej raz w tygodniu – zaśmiała się, pomachała energicznie ręką i zniknęła wgłębi wieży Krukonów. James spojrzał na swoich przyjaciół. Syriusz już przyglądał się czerwonemu jak burak Peterowi i Remusowi, dotykającemu prawą dłonią miejsca, w które dostał całusa. Potter stłumił rozbawienie, zarzucił na nich Pelerynę Niewidkę i zaczął kierować się z powrotem na schody.

- Drugiej zagadki już nie zgadniemy – rzekł pewnie. – Poszukajmy gdzieś indziej – widząc uśmiechnięte twarze chłopaków, krzyknął – Ahoj, potworze Slytherina! Budź się, bo idziemy cię znaleźć!

- POTTER, ZAMKNIJ SIĘ!!! – wyduszone szeptem z trzech gardeł było jednym z tych dźwięków, które James zawsze wspominał z ukłuciem szczęścia i wypiekami na twarzy.

  2 comments for “Wspomnienia Jamesa

  1. ~Alex
    10 października 2017 o 17:35

    Wspomnienia Jima są takie pozytywne. Oczami wyobraźni widzę małych Jamesa i Mary jak urządzają konkursy jedzenia lodów na czas, jak grają w Quidditcha albo Huncwotów jak już w pełnym składzie przemierzają korytarze Hogwartu w poszukiwaniu Komnaty Tajemnic a potem poznają Marlenę. Nie sposób się nie uśmiechnąć. Jim musiał być uroczym dzieciakiem.
    Teraz czekam już tylko na wspomnienia Syriusza.
    Pozdrawiam,
    Alex

    • ~Drama&Furia
      10 października 2017 o 21:34

      James aż do teraz jest osobą bardzo pogodną i radosną, a w sumie nie ma się czemu dziwić – miał bardzo szczęśliwe dzieciństwo. A jeśli chodzi o ostatnie wspomnienia, to trzeba będzie odrobinę na nie poczekać. Są ważne dla naszej historii, nie tylko ze względu na postać Syriusza Blacka. Dlatego właśnie muszą być dobrze dobrane, przemyślane i zdradzać nie mniej, nie więcej, niż potrzebujemy. To dość trudne zagadnienie, bo musimy bardzo wybiec w przód (i w tył) z planami na nasze opowiadanie i stąd tak długo musicie czekać. Wstępnie mogę je zapowiedzieć na początek listopada. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie ❤

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.