RUFUS SCRIMGEOUR

Jak w każdą sobotę, w Biurze nie ma za bardzo nic do roboty. Wywaliłem nogi na stół i jadłem chińskiego kurczaka z budki za rogiem, kupionego przez Kingsleya. Charles jak zwykle tonął w kupie dokumentów i papierów. Właśnie przecierał zmęczone oczy i kręcił głową. Funkcjonowanie bez okularów go dobija, ale musimy sobie jakoś radzić.

Pamiętam dzień, w którym przyszedł pierwszy raz do pracy. Nie sposób zapomnieć. Tu, w Biurze, nazywamy ten okres Czarnym Tygodniem. Rok temu w maju Orion Black dostał cynk, że Moody, nasz ówczesny szef, działa w Zakonie Feniksa. Oficjalne wypowiedzenie miał dostać następnego dnia, ale pamiętam, że z pierwszą informacją od Amosa Diggory’ego wybiegł z Biura do pierwszego kominka i ledwo udało mu się uciec, bo już czekało na niego dwudziestu ludzi. Szczerze mówiąc myślałem, że wszyscy polecimy, całe Biuro. W sumie dogadywaliśmy się z Szalonookim i tworzyliśmy naprawdę zgraną ekipę. Siedziałem przy biurku, kiedy młody Longbottom wbiegł tu i zaczął krzyczeć, żeby dla własnego dobra wypierdalać. Marlena zaczęła nawet zbierać swoje manatki, ale Prewett chwycił ją za rękę w ostatnim momencie. Tuż za drzwiami Biura rozpoczęła się walka. Napieprzaliśmy się ostro, ale w pewnym momencie podbiegł do mnie Yaxley, mówiąc, że za każdego złapanego dostaniemy po całej pensji. Ktoś użył świstoklika, inni poznikali w kominkach. Tego dnia poleciał nasz szef, wszyscy wyszkoleni przez niego Aurorzy i rekruci, którzy dopiero zaczynali. Szczęście w nieszczęściu, że jesteśmy z Kingsleyem tacy starzy i w naszą stronę nie padły podejrzenia. Rano przychodząc do pracy, powitał nas nowy szef, Charlie Point. Miał włosy do ramion, krótką brodę i był ubrany kompletnie bez stylu. Mieliśmy się wtedy określić, kto jest za Czarnym Panem, kto jest neutralny, a kto popiera Dumbledore’a.

Wieczorem kazał mi i Kingsleyowi znaleźć nowy świstoklik, bo poprzedni, ohydny stary trampek zabrali ze sobą uciekinierzy. Wtedy powiedział nam, że to on. Byłem w szoku, bo nawet ja go nie poznałem. Nie miał okularów, wyglądał i zachowywał się zupełnie inaczej niż Charles Potter, którego znałem. Zawsze wyśmiewam w myślach tych ministerialnych kretynów, którzy jednego dnia zwolnili dowódcę Zakonu Feniksa, żeby nazajutrz na to samo stanowisko posadzić jego zastępcę.

Charles spojrzał na mnie i westchnął.

- Pamiętajcie, żeby przyjść w poniedziałek wcześniej, jeśli możecie – powiedział do mnie i Shacklebolta. – Trzeba uporządkować sprawę tej handlarki.

Uśmiechnąłem się, bo zawsze w taki sposób pytał, czy przyjdziemy na kolację. Dzisiaj ma być wystawnie. Pewnie zostaniemy tam do rana. Dobrze chociaż, że jutro nie musimy tu przyłazić.

- Jasne – mruknąłem, udając niezadowolenie. – Przypomnisz mi tylko, który to przypadek?

Charles spojrzał na zegarek i zmarszczył brwi.

- Siódmy albo ósmy.

Wrzuciłem pudełko do kosza na śmieci i rozsiadłem się znów w fotelu. Na moim biurku znajdował się stos papierów sprawy Niepożądanych Numer Jeden. Od trzech miesięcy próbujemy ich znaleźć. Malfoy już nieźle się wkurza, ale lubię jak tu przychodzi i się gorączkuje. Drze się, że przynosimy hańbę czarodziejom, nie potrafiąc złapać dwóch chuliganów. Charles udaje, że jest postęp w sprawie. Ja tam mam to w dupie. Szukanie Pottera i McKinnona w terenie to darmowy dzień urlopu. Może we wtorek poszukam ich gdzieś za granicą.

Wbiłem wzrok w zegar na przeciwległej ścianie. Dziesięć po szóstej. Za jakieś pół godziny będzie można się zwijać. Chwyciłem różdżkę i poobracałem ją chwilę w dłoniach. Umrę z nudów.

- Masz ktoś może pożyczyć trochę granatowego atramentu? – zapytał chyba równie znudzony Hart.

Otworzyłem swoją szufladę, od razu stwierdzając w jej środku brak kałamarza. Jednak Foster wstał, odkładając kubek z herbatą i podał swój Hartowi.

- Dzięki.

Utkwiłem spojrzenie w podeście na świece. Cztery wielkie, grube kolorowe kupy wosku nie paliły się od dawna. W sumie to całkiem dobrze. W końcu czarna zapala się, kiedy zostanie użyta jakaś czarnomagiczna klątwa. Biała alarmuje użycie Imperiusa, czerwona – Cruciatusa, no a zielona, to już wiadomo. Dawno się nie paliła. Ostatnio jest trochę więcej spokoju. Jest trochę bardziej nudno w pracy, no ale nie mogę narzekać. Uśmiechnąłem się z przekąsem z moich głupich myśli.

Nagle poczułem się, jakbym wywołał wilka z lasu. Zielona świeca zapaliła się z ostrym błyskiem. Od razu zerwałem się z miejsca, podbiegając do mapy. Punkt na niej znajdował się blisko Londynu. Mapa zmieniła się w trochę bardziej dokładną, kiedy zapaliła się czerwona świeca.

- Co jest, kurwa? – warknął Rashford, również podbiegając do tablicy.

Spojrzałem bliżej w punkt, w którym zaklęcia zostały użyte. Chelmsford.

- Charlie – zawołałem, odwodząc Charlesa od dokumentów. Ten podniósł głowę i momentalnie zbladł. Zerwał się z krzesła, chwycił okulary przeciwsłoneczne i wybiegł do drzwi. Zielona świeca znów rozbłysła jasnym płomieniem.

- Wszyscy! Zielony alarm! – zawołał nasz szef, chwytając za butelkę, leżącą pod mapą. Ja i wszyscy Aurorzy będący aktualnie w pracy, chwyciliśmy za szkło. Spojrzałem na naszą grupę. Dziewięć osób. Poczułem mocne szarpnięcie w okolicy brzucha. Świstoklik zabierał nas właśnie na miejsce akcji. Dlaczego tam poszły takie zaklęcia? Co gorsza, świece zapalają się jedynie wtedy, gdy zaklęcie trafia w człowieka. Czyli jest dwóch martwych. Jasna dupa.

Wylądowaliśmy mocno na chodniku osiedla. Furtka brązowego domu była otwarta, a na trawniku obok stała grupa ludzi. Przecież nie powinno ich tu być. Wszyscy krzyczeli. Od razu spojrzałem w niebo. Jedna miotła właśnie odlatywała. Jej trzon świecił się delikatnie. Srebrna Strzała. Szybko opuściłem głowę, udając, że nic nie zauważyłem. Charles wbił się w tłum.

- Stać, Biuro Aurorów! – wrzasnął, wyciągając odznakę.

Wszyscy trzymamy różdżki wycelowane w ludzi, stojących przed domem. Jest ich z dwudziestu. Szukam znajomych twarzy, ale nikogo nie zauważam.

- Różdżki na ziemię! Co tu się dzieje?!

Wszyscy zebrani ostrożnie wykonali zalecenie. Są Rookwoodowie, Malfoy, Selwyn. Reszty nie znam.

- Nie ma potrzeby się unosić, panie Point – rzekł spokojnie Lucjusz Malfoy, wychodząc przed szereg. – Sytuacja jest już opanowana.

Dostrzegam kilkunastu ludzi leżących na ziemi, nie wiem czy rannych, czy martwych, ale są za daleko, żeby ich identyfikować.

- Ich powinniście gonić, kretyni! – krzyknął ktoś, wskazując palcem kierunek, w którym zniknęła nasza miotła.

- Petrificus Totalus! – zareagował od razu Stevens. Charles uniósł dłoń w górę, wstrzymując atak.

- Nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów! – krzyknął. – Jesteśmy upoważnieni do ataku!

Lucjusz podszedł pewnie w jego kierunku.

- Proponuję, żebyśmy się wszyscy opanowali. Pomówię z panem, panie Point. Może w środku – rzekł pogardliwie.

- Oni porwali mojego męża! – zaszlochała nagle jakaś baba, siedząca na schodku. Twarz miała całą czerwoną od płaczu. – My mamy małe dziecko!!!

- Uspokój się, kobieto – syknął Malfoy. – Ja to załatwię. Dom został napadnięty, Point, a gospodarz porwany.

Czyli udało się porwać tego skurwysyna.

- Hart, leć po Uzdrowicieli. Jest dużo rannych. Niech przyślą tylu, ilu mogą i przygotują łóżka w Szpitalu.

- Się robi – odrzekł Jason, deportując się z hukiem.

- Zostaliśmy tu wezwani, bo zostały tu użyte Zaklęcia Niewybaczalne – powiedział niecierpliwie Charles, nadal celując Lucjuszowi w pierś.

- Tak. Broniliśmy się. Zapraszam chociaż za furtkę.

Nie opuściliśmy różdżek, chociaż widziałem, że nikt nie stara się nam przeszkodzić. Powoli przekroczyliśmy próg trawnika i od razu zauważyłem, że kogoś złapano. Dwóch pomniejszych Śmierciożerców, których kojarzę tylko z twarzy, odsunęło się od klęczących pojmanych. Byli związani i zakrwawieni. Podszedłem krok bliżej i ich rozpoznałem. To Louis i Jack.

- To ci bandyci – odezwał się jeden. – Było ich…

- Zamknij się, Rowle – rzekł Malfoy. Skutek był natychmiastowy. – Nie chcemy przecież, żeby wdarło się tu więcej chaosu. Ja pomówię z Aurorami. Napadła nas grupa ośmiu czarodziejów na miotłach. Oto są ludzie, których złapaliśmy.

- Czy ci ludzie użyli tych Zaklęć Niewybaczalnych?

- Nie.

- W takim razie bardziej interesują mnie ofiary – prychnął Charles, podchodząc do pierwszego ciała, leżącego na trawie. Kucnął i odwrócił je na plecy. – Kto to jest?

- To Bearnt.

Rzuciłem okiem na chłopaków. Byli załamani. Wyglądali jakby byli po ostrej walce.

- Kto go zabił?

- Syriusz Black – odrzekł pewnie Malfoy. Spojrzałem na Charlesa. Milczał, ale krótko. Wstał i kontynuował, jak gdyby nigdy nic.

- Jest pan pewny? Syriusz Black zaginął dobrych parę lat temu, z tego co pamiętam.

- Sugerujesz, że moja żona, a jego rodzona kuzynka pomyliłaby się w tej kwestii, Point?

Charles zaśmiał się pobłażliwie.

- Nie kwestionuję tego. Ale jak na razie nie widzę tu pani Narcyzy.

Malfoy rozłożył ręce w dziwnym geście.

- Moja żona jest w błogosławionym stanie. Została odprowadzona do domu, gdzie będzie bezpieczna. Proponuję, żebyśmy wszyscy się rozeszli. Ja jestem naocznym świadkiem i moje słowo wystarczy. Mamy tu tragedię, Point, a zarazem porażkę naszych stróżów prawa. Nie ma co tego rozdmuchiwać.

Charles nie może mu odmówić, choćby nawet chciał. Jedno jego słowo u Ministra i poleci. A wraz z nim i my, jako jego ekipa.

- Oczywiście – rzekł Charles. – Proszę się stąd deportować w miarę możliwości. Shacklebolt, Scrimgeour, Kettle, Kane! Zgodnie z artykułem trzynastym Kodeksu Karnego Prawa Czarodziejów przejmujemy przestępców i umieszczamy w ich na pierwszym piętrze Azkabanu, gdzie będą oczekiwać na swój proces.

Kilka osób odeszło z miejsca zdarzenia, a my ruszyliśmy w stronę chłopaków. Wzięliśmy ich pod ramię i wyprowadziliśmy poza teren posesji. Gdyby nie było z nami Kettle’a i Kane’a, może deportowalibyśmy się do Kwatery na kilka minut. Ale według prawa musi być nas dwóch do jednego przestępcy. Przesrane.

Deportowaliśmy się z hukiem wprost pod Azkaban. Dobrze, że chłopaki nie dali nic po sobie poznać. Weszliśmy przez zapory, a strażnik z Ministerstwa otworzył nam bramy. Zawsze przechodzą mnie ciarki na myśl, że mógłbym tutaj pracować.

- Expecto Patronum – mruknął Kingsley, który jako jedyny w Biurze, oprócz Charlesa, ma cielesnego Patronusa. Niebieski kot wybiegł przed nas, osłaniając nas od dementorów. Weszliśmy na piętro. Z tego co kojarzę, są tu teraz tylko dwie osoby. Jeden jest złapany za znieważenie wizerunku Ministra Magii. Podobno w jakimś barze, kiedy był pijany, spalił gazetę, na okładce której był akurat ten cały Thicknesse, krzycząc: „Ty chuju!”. Weszliśmy do pierwszej wolnej celi i rozwiązaliśmy im ręce.

- Rufus Scrimgeour, Biuro Aurorów. Aresztuję was na mocy prawa czarodziejów. Macie prawo zachować milczenie. Wszystko, co teraz powiecie, może zostać wykorzystane przeciwko wam. Przysługuje wam prawo do ochrony zdrowotnej w postaci Uzdrowiciela. Przyślemy tu kogoś. O waszym procesie poinformuje was któryś z Aurorów.

Louis spojrzał na mnie. Był przybity i zmęczony.

- Pośpieszcie się z tym Uzdrowicielem.

Najszybciej, jak tylko mogliśmy, ale nie wzbudzając podejrzeń opuściliśmy teren więzienia.

- Wracajcie do Chelmsford – rzekł Kingsley do naszej pozostałej trójki. – Ja polecę do Munga po tego lekarza.

Dobrze, że to powiedział. Pewnie przyprowadzi im Winsborn. Deportowaliśmy się z hukiem. Pod domem Notta nie było już nikogo, oprócz zabezpieczających teren Aurorów. Ciała zostały gdzieś przeniesione. Weszliśmy do domu. Przy stole siedział Charles, a naprzeciwko niego Lucjusz i ciągle rycząca żona Notta. Samopiszące pióro Pottera zawzięcie notowało coś w jego zeszycie. Podszedłem do niego od drugiej strony, zerkając lekko w ten notes.

„Imieniny Edwarda Notta – świadek Lucjusz Malfoy.

Ośmiu napastników, pięciu rozpoznanych, dwóch pojmanych, jeden zabity:
1. Porywacz, James Potter (50% pewności, 2 świadków),
2. Mała postać na czarnej miotle, najprawdopodobniej kobieta,
3. Morderca, 
Syriusz Black (100% pewności, 11 świadków, w tym kuzynka Narcyza), 6 ofiar (J. Bearnt, B. Woodburn, J. Henderson, E. Can, J. Inges, D. Muller – rzekomo od jednego zaklęcia),

4. Frank Longbottom (100% pewności, świadek Isabelle Nott, rozpoznany jako mieszkaniec Chelmsford),

5. Pojmany Louis Longbottom (100% pewności, świadek Isabelle Nott, rozpoznany jako mieszkaniec Chelmsford, oddany w ręce Aurorom),
6. Pojmany dorosły mężczyzna, oddany w ręce Aurorom, około pięćdziesiątego roku życia,
7. Ruda kobieta o długich włosach, postury dziecka,
8. Ofiara –  dorosły mężczyzna, około pięćdziesiątego roku życia, zabity klątwą uśmiercającą przez Lucjusza Malfoya, w celu obrony własnej oraz ciężarnej małżonki, (sprawdzone przez Priori Incatntatem, potwierdzone przez 4 naocznych świadków)”

Czyli Max nie żyje. Aż mi się słabo zrobiło. Nikt tu nie powinien zginąć, a już na pewno nie Max. To był dobry chłopak. I fajna rodzina. Podparłem się rękami na stole i spojrzałem na tego białego sukinsyna. W obronie własnej, no jasne. Lepiej powiedz, skąd tu tyle bydła i kto ci nas sprzedał.

- Wywiązała się walka, co tu dużo mówić. Carrowowie, jako że przylecieli na miotłach, wszczęli pościg za Potterem.

Nottowa znów zaszlochała, smarkając głośno w chusteczkę. Rzuciłem okiem na Charlesa. Ten poprawił marynarkę i drgnął lekko. Spojrzałem na zegarek. Wpół do siódmej. Jeszcze wszystko się może zdarzyć.

- Niech pan kontynuuje, panie Malfoy.

- Później wszystko było dynamiczne. Walka zmusiła ich do zejścia z mioteł. Trzy z nich leżą w ogrodzie, jak pan widział. Ręczna robota. Znam tylko jedną osobę, która mogłaby je wykonać. Stary Potter. To bardziej niż pewne. Próbowali rzucać w nas klątwy czarnomagiczne. Wtedy musieliśmy przejść do jakiegoś kontrataku. Pozabijaliby nas. Narcyza schowała się za mną, krzycząc, że jest tu Black. Wskazywała na niego. Z resztą nie było trudno go poznać. Zachowywał się jak jakieś wściekłe zwierzę. Zabił kilka osób.

- Dostaliśmy wezwanie do dwóch zaklęć – przerwałem mu. – Dwóch uśmiercających.

Malfoy spojrzał na mnie jak na portową dziwkę, a później odwrócił się do Charlesa.

- Myślałem, że to ty prowadzisz śledztwo, Point.

Od razu odszedłem od stołu, nie chcąc narobić nam wszystkim kłopotu. Otworzyłem szklane drzwi tarasowe, zostawiając ich w salonie. Kingsley stał już koło ciał, tak jak reszta naszych chłopców. Rzucili je na jedną kupę. Kurwa, tak się nie robi. Podszedłem do stosu i zrzuciłem pierwsze ciało na ziemię. Uniósł mu się rękaw. Śmierciożerca.

- Kto je tu tak jebnął? – warknąłem. Muszę się uspokoić, bo to nie był normalny ton.

- Ja. Leviosą. Co ty odwalasz, Rufus? – spytał Shelby, odpalając peta.

- Różnicuję ofiary – rzekłem, nie będąc pewnym, czy ten wałek przejdzie. – Były dwa zaklęcia, więc mamy też dwóch morderców. Tego zabił Malfoy – wskazałem palcem na Maxa, którego ręka w niebieskim swetrze wystawała spod ubranych na czarno trupów.

Kingsley podszedł do mnie i wyjęliśmy ciało Johnsona. Ułożyliśmy je parę stóp od innych. Podeszliśmy jednak do nich, odwracając na plecy i patrząc się w ich głupie twarze. Czterech Śmierciożerców, a dwóch młodszych kolesi, ale nie mam pojęcia, kto to jest. Finn Shelby podszedł do nas i poczęstował nas fajkami. Odpaliłem i zaciągnąłem się.

- Ale ktoś pierdolnął, co? – mruknął i pokiwał z uznaniem głową.

- No – potwierdziłem. – Podobno Syriusz Black.

Kingsley i Finn spojrzeli na mnie jednocześnie.

- No co ty? – zaśmiał się Shelby. – To sobie wychowali! Jedną Kedavrą! Chciałbym to zobaczyć! – krzyknął i podrapał się po głowie. Przy okazji strącił popiół z papierosa nie za bardzo dbając, gdzie akurat upadnie.

- Wy… czekajcie chwilę… – powiedział Kane i podszedł do ciała Maxa. – Chyba go poznaję! To jest Max Johnson! Byliśmy razem na roku. Kingsley, nie pamiętasz go? Pałkarz Krukonów!

Kingsley perfekcyjnie udał wielce zszokowanego, po czym podszedł do ciała i kucnął przy nim.

- Ty… no rzeczywiście! Widzisz, dopiero teraz się przyjrzałem! W ogóle słyszałem kiedyś, że poślubił mugolkę. Ale nie wiem, ile w tym prawdy.

Poślubił mugolkę. I ma dwójkę dzieci. Nie wiem, jak my to powiemy Marlenie. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze zabrać do Kwatery jego ciało, zanim przeniesiemy ich wszystkich do Munga. Później mogą być problemy z wydaniem ciała na pogrzeb. W tych czasach już nic mnie nie zaskoczy. Odwróciłem się, słysząc charakterystyczny świst powietrza. Trzy miotły zmierzały w kierunku domu. Kurwa, oby to nie był Potter, bo własny ojciec będzie go musiał wcisnąć do Azkabanu na co najmniej dożywocie. Ostatnio usiłowanie zabójstwa, teraz porwanie z jatką i ofiarami. Jest za ciemno, nic nie widzę.

Czwórka ludzi postawiła nogi na ogródku i odetchnąłem z ulgą. Carrowowie lecieli na jednej miotle. Dwóch kolesi zachowywało się, jakby byli raczej dogadani z tamtą dwójką. Wycelowaliśmy w nich różdżki, a ci, widząc ciała, unieśli ręce do góry.

- Dobra, dobra – odezwał się Amycus, który już parę razy się nam wywinął. – Myśmy nic nie zrobili! Myśmy gonili przestępców!

Shacklebolt spojrzał na mnie wymownie i od razu chwyciliśmy przybyłych za ramiona. Weszliśmy do domu.

- No i co? – zapytał Malfoy, pełen nadzei.

- Było zbyt pochmurnie, a ta mała szmata…

- Skończ – uciął go Lucjusz, wyraźnie wkurwiony. – Opowiedzcie resztę tym dwóm. My tu dokończymy.

- W zasadzie już skończyliśmy – powiedział szybko Charles, kiwając do swojego pióra. – Panie Carrow, niech pan kontynuuje.

Amycus wyglądał dziwnie. Zawsze trząsł portkami, kiedy go na czymś przyłapaliśmy. Teraz uśmiechał się głupkowato i wydawał się pewny swego.

- Ja i moja siostra, Alecto – zaczął monolog, wskazując palcem swoją grubawą bliźniaczkę – przylecieliśmy tu na imieniny Edwarda Notta. Byliśmy na miotłach, więc kiedy ten facet chwycił go i wsadził na miotłę…

- Zaraz, zaraz. Jaki facet? – przerwał mu Charles. – Nie wiecie, kto to był?

Amycus zmarszczył brwi.

- W sumie to do końca nie wiem.

- To był Potter! James Potter, ten, co go szukacie! – krzyknęła Alecto. – Ja go widziałam! Miał takie okrągłe okulary. Jestem pewna!

Pozostała dwójka pokiwała ochoczo głowami. Uniosłem brew, wkurzony na tą małą jędzę. Baba to jednak wszystko, kurwa, zauważy.

- Polecieliśmy za nim i za tą małą murzynką, ale on zniknął nam w chmurze.

- Jaką murzynką? – zapytał trzeci z nich, szczerze zdziwiony. – Przecież była blondynką. I była bardzo blada. Sam z nią walczyłem!

Amycus strzelił mocno palcami przed twarzą tego faceta.

- Halo, za mocno dostałeś? Miała czerwone włosy! Widziałem, bo leciałem jakieś dziesięć stóp za nią! Te rude kłaki prawie mi wchodziły w gębę!

- To była murzynka, chyba widziałam! Bo wyobraź sobie, braciszku, że walczyłam z nią najwięcej, podczas gdy wy „osłanialiście moje tyły” – wyskrzeczała sarkastycznie Alecto.

- Kochana siostrzyczko, mam ci przypomnieć, co by się z tobą stało, gdyby nie ja?

- Przepraszam najmocniej – rzekł głośno Charles, wstając z miejsca. – Nie chciałbym przeszkadzać, ale może jeszcze pan mi powie, jak wyglądała ta dziewczyna? Pan jeszcze nic nie mówił, a wnioskuję, że też pan tam był.

Młody facet, może dwudziestoletni, odezwał się w końcu z dziwnym, obcym akcentem.

- Była młoda i mała. Miała chyba dziecięcą miotłę. Wydaje mi się, że miała krótkie włosy. Nie dłuższe niż za ucho. Białe.

- Co ty pierdolisz? – oburzyła się kobieta.

- CISZA!!! – krzyknął Charles. – Co się stało podczas walki?

Chłopak odchrząknął, powracając do głosu.

- No, generalnie ta dziewczyna zwaliła ją z miotły – rzekł, pokazując na Alecto. – On za nią poleciał, a ja i on – tym razem wskazał starszego Śmierciożercę – złapaliśmy ją w pułapkę i zrzuciliśmy z miotły.

- Co zrobiliście?

- To znaczy… broniliśmy się! – poprawił go szybko jego kompan. – Ona rzucała w nas klątwami! Zrzuciła Alecto z miotły! Chciała nas zabić! Ja się broniłem i rzuciłem w nią Drętwotę. Ona spadła. Tyle.

- Czegoś tu nie rozumiem – odezwałem się. – Po co za nią lecieliście, skoro chciała was zabić? Czy to ona was może goniła, co?

- My ją. Myśleliśmy, że lecimy za Potterem.

- Wydaje mi się, że szukanie porwanych i przestępców to na razie zadanie Aurorów – mruknąłem. – Cóż, pójdą państwo z nami.

- A najpierw sprawdzimy tę Drętwotę – rzekł Charles, podchodząc do nas i wyciągnął rękę po różdżkę mężczyzny.

Ten uwolnił się od lekkiego uścisku Kingsleya i z szyderczym uśmiechem położył swoją różdżkę na dłoni Pottera. Lucjusz Malfoy wstał z krzesła. Bał się. Charles przyłożył koniec swej różdżki do różdżki Śmierciożercy.

- Prior Incantato.

Jasny błysk wystrzelił z różdżki, a cień dziewczyny spadł z miotły ze zduszonym krzykiem. Biedne dziecko. To miała być jej pierwsza akcja, z tego, co pamiętam. I są dwie ofiary. Zakonu nie było stać na tą misję. Oby Potter dzięki temu dotarł do Kwatery z tym całym, pieprzonym Nottem.

- Dobra, dobra… Shelby, Kane, Kimberly! Weźcie ich i przepytajcie, w jakim kierunku leciał Potter i gdzie zgubili tą dziewczynę. Znajdźcie jej ciało… albo coś, co będzie świadczyło, że tam zginęła. Może różdżkę, tak dowiemy się, kto to jest.

- Czyli kogo mamy szukać, szefie? – dociekał Shelby. – Murzynki, siwej staruchy?

- Weźcie pod uwagę wszystkie opcje – odrzekł. Chłopaki przejęli od nas Carrowów i wyszli. – Scrimgeour, Shacklebolt… zabierzcie ciała do Munga. Niech zrobią sekcję zwłok, bo sześć trupów od jednego zaklęcia nie brzmi dość… prawdopodobnie. Reszcie powiedzcie, że mogą iść do domu.

- Jasne, szefie.

Wyszliśmy, zostawiając Charlesa z Malfoyem i gospodynią. Odetchnąłem z ulgą.

- Fajrant, panowie – oznajmiłem.

- O, no to do poniedziałku!

- Na razie!

Poczekaliśmy chwilę, a kiedy wszyscy się deportowali, Kingsley podwinął swoją długą, purpurową szatę i spod niej wyciągnął saszetkę, w której zwykle chował różne rzeczy. Wyciągnął dwa czarne worki i uniósł martwych Śmierciożerców zaklęciem. Kiedy wlecieli do wora, powiększył się on nieznacznie, a Kingsley zarzucił go na ramię.

- Dolina? – spytał cicho.

- Myślę, że tak – odpowiedziałem.

Spojrzałem na zegarek. Wpół do ósmej. Ktokolwiek leciał na miotle, którą widziałem, powinien już dolecieć dwa razy. Podnieśliśmy ciało Maxa Johnsona. Kingsley chwycił go pod pachami, a ja złapałem za łydki. Deportował nas i stanęliśmy tuż przed furtką. Powoli i dość ostrożnie przeszliśmy kamienną ścieżką na schodki. Łokciem spróbowałem otworzyć drzwi. Daremnie. Nim jednak zdążyłem odłożyć jego nogi na ziemię, ktoś mi otworzył. To był Artur Weasley.

- Merlinie…

Od razu zszedł nam z drogi. Weszliśmy. Wszyscy patrzyli na nas. Położyliśmy go na kanapie. Wiedziałem, że zaraz przyjdzie tu jego córa. Nie chciałem przy tym być. Ludzie zaczęliby pytać, co się stało. Dowiedzą się później. Teraz ta chwila jest dla niej, zanim ktokolwiek mógłby zauważyć, że mieliśmy być w Mungu, a nas nie ma. Szybko wstałem i chwyciłem za ramię młodego McKinnona.

- Mamy pięć minut. I jeszcze informację o dziewczynie, która leciała za Potterem. Zrzucili ją z miotły. Są pewni, że nie żyje – powiedziałem i od razu wyszedłem przed drzwi, zostawiając na młodym tak dużą odpowiedzialność.

Zaraz pożałowałem mojego wyboru. Przecież on pewnie już wie, że jego ojciec siedzi w Azkabanie. Przekląłem się w myślach. Kingsley wyszedł za mną.

- Masz fajkę? – spytałem.

- Nie.

- Ciekawe, jak tam chłopaki. Kogo do nich wziąłeś?

- Winsborn.

- Musimy przejść się do nich, co sądzisz? Powiedzieć, jak wszystko wyszło.

- Oczywiście. I to najlepiej jeszcze dziś.

Shacklebolt zrzucił worek z ramienia na ziemię, po czym widocznie mu ulżyło. Trąciłem go stopą. Był cholernie ciężki.

- To będzie jakieś… tysiąc dwieście funtów.

Spojrzałem na niego krzywo.

- Unosisz tysiąc dwieście funtów na ramieniu?

- Coś ty. Zaklęcie. Dla mnie waży tyle, co ta sama torba.

- Nieźle.

- No.

- Myślisz, że powinniśmy wziąć nosze? – spytałem nagle. – W końcu jest ich tu sporo.

- Od roku przynoszę ciała Śmierciożerców w tym worku – odrzekł Kingsley. – Ich w czarnym, resztę na noszach. W kostnicy mają szacunek. Ustawiają ich łóżka po przeciwnych stronach. Nie tak, żeby ktoś dobry leżał obok swojego mordercy na ten przykład. Szanuję to podejście i ułatwiam im robotę.

Cienki księżyc wyszedł zza ciemnych chmur. Dopiero teraz zauważyłem, że jest tak zimno.

- Sześciu na raz. A to skurwysyn.

***

Stojąc pod bramami Azkabanu czuję się tak okropnie, że chyba zaraz się zrzygam. Dwa razy dziennie to za dużo. Chociaż jak ja mogę tak myśleć, kiedy ludzie spędzają tu lata. Dobra, otwieraj tę bramę.

- Byli tu może inni Aurorzy od naszego wyjścia? Są nowi więźniowie? – spytałem, żywiąc głęboką nadzieję, że uda się posadzić tę czwórkę Śmierciuchów chociaż na parę dni.

- Nie, proszę pana – odpowiedział mi strażnik. – Nie ma nikogo nowego.

No jasne, że nie ma. Czego ja się spodziewałem po Kimberlym i Kane’ie? Przecież mało brakuje, żeby nosili Mroczny Znak. A Shelby może sobie być neutralny, ale nie będzie dla prawa ryzykował własnej dupy i wystawiał jej na gniew Lucjusza Malfoya, albo Oriona Blacka, jeśli ta informacja w ogóle by do niego dotarła. Przekroczyliśmy próg i Kingsley wyczarował Patronusa. Trochę spokojniej przeszliśmy do celi, w której ostatnio zostawiliśmy Louisa i Jacka. Teraz wyglądali, o dziwo, trochę lepiej.

- Jesteśmy sami – rzekł Shacklebolt. – Misja… że tak powiem, wykonana. Potter z Nottem są już w Kwaterze, rozmawiałem z nim przez chwilę.

Louis siedział oparty o mur małej celi. Jack leżał na ziemi, trzymając się za zabandażowany bok. Ta informacja nie wywarła na nich jednak żadnego wrażenia.

- Chociaż tyle – powiedział Longbottom. – Ann dobrze się nami zajęła. Zostawiła nam po kryjomu parę eliksirów i leków. Dała nam ogrzewające, wzmacniające…

- Postaramy się, żeby przychodziła do was codziennie – zapewniłem. – Może uda mi się załatwić odwiedziny waszych żon na piątek.

Jack podniósł się na łokciach i uśmiechnął w taki sposób, że chyba wolałbym tego nie widzieć. To był najbardziej przygnębiający wyraz twarzy, jaki mógłbym sobie teraz wyobrazić. Zwłaszcza, że jest on na twarzy kumpla, z którym rozmawiam przez kraty Azkabanu.

- Dzięki, chłopaki. Dobrze, że nas zabraliście.

- Musieli was nam oddać, jeśli chcą pozostać wybieleni na tej sprawie.

- Właśnie… – zaczął Louis. – Poszedł przeciek, co? Macie jakieś typy?

Spojrzałem na Kingsleya, ale ten chyba jeszcze też nie miał czasu się nad tym zastanowić.

- Nie wiemy, co mówią w Kwaterze, nie było nas tam zbyt długo – odpowiedziałem. – Było za dużo ludzi, to jest fakt. Ale nie podważymy tego na procesie, bo pewnie Lucjusz wraz z tą Nottową zrobią listę gości na pięćdziesiąt osób. No i była ciężarna Narcyza. W centrum walki. To działa na ich korzyść, bo ona jest dość ważna i w gruncie rzeczy była narażona.

- Walczyłem z nią. Nie wyglądała, jakby bała się o własne życie. Wręcz odwrotnie. Miotała klątwami na prawo i lewo – mruknął Jack.

- To prawda – potwierdził Louis. – Mam nadzieję, że wyjaśnicie coś więcej. Franky jest w domu? Syriusz z Lily dolecieli?

Czyli to Black musiał być na ostatniej miotle, którą widziałem. Nawet nie zwróciłem uwagi, czy przylecieli do Kwatery.

- Widziałem tą dziewczynę – powiedział Kingsley. – A James powiedział mi, że Syriusz jest na górze. Frank doleciał tuż za nim.

- A Meadowes? Ta druga. Miała lecieć za Rogaczem.

- Przegrała w powietrzu.

Jack odwrócił od nas głowę, a Louis podciągnął prawe kolano do siebie i podparł na nim łokieć.

- Szkoda. Taka fajna dziewczyna.

Przez chwilę nic nie mówiliśmy.

- Zabraliście stamtąd Maxa? – zapytał Louis, wbijając wzrok w ścianę naprzeciwko.

- Tak – odrzekłem.

Kingsley spojrzał w stronę, z której przyszliśmy.

- Chłopaki, będziemy lecieć. W przyszłym tygodniu wpadniemy, ale jutro wyślemy tu Ann. Informacje przekazujmy sobie przez nią. Nie używajcie monet. Nicole na pewno dorobi wam nowe i jakoś je przekażemy.

- Odwleczemy proces, jak tylko się da – powiedziałem, chcąc ich pokrzepić. – Najpierw teoretycznie powinniśmy złapać wszystkich z waszej ekipy. Myślę jednak, że za miesiąc Lucjusz wymusi rozprawę, a wtedy zrobimy wszystko, żeby poprowadził ją ktokolwiek inny, niż Barty Crouch i jakoś go naciągniemy, albo przekupimy.

- Ile dostaniemy?

- Myślę, że maksymalnie dwa lata na drugim, może trzecim piętrze. Musicie zeznawać, że napaść była w celach rabunkowych. Nie wymigamy się od współudziału w porwaniu, ale Lucjusz zeznał otwarcie, że nie macie nic wspólnego z morderstwem. Wszystko zejdzie na karb Blacka. Nie wiedzieliście nic o tym i tego się trzymajmy.

- Dwa lata – zaśmiał się Louis. – Kurwa, kto by pomyślał.

Kątem oka dojrzałem Kingsleya. Był chyba tak samo zmieszany, jak ja.

- Da się przeżyć. Będziecie mieć opiekę.

- Jasne. Nie narzekamy – dodał Jack. – Dzięki, chłopcy. I idźcie już, żeby nie zaczęli gadać.

- Nie wspominajcie dużo – poradził Kingsley. – Rozmawiajcie, nie myślcie. Tak będzie łatwiej tu przetrwać. A po procesie postaramy się was wsadzić do jednej celi.

Łatwo nam mówić, kolego. Dementorzy i tak pozbawią ich chęci do życia szybciej, niż nam się może wydawać. Wyszliśmy bez zbędnych słów. Teraz czeka nas noc w Kwaterze Głównej, choć chciałbym teraz wrócić do żony, do domu. To był ciężki dzień. Chyba wszyscy potrzebujemy po szklance Ognistej Whisky.

***

Wszyscy Aurorzy kręcili się po Biurze już od siódmej rano. Trzasnąłem już trzy kawy na rozpęd, bo w weekend nie odpocząłem w ogóle. Charles wziął sprawę porwania Notta i wraz ze swoją grupą robi mapy myśli, researche i inne tego typu bzdury. Na jedenastą miała przyjść Nottowa, a na pierwszą po południu Rookwoodowie, żeby spisać dokładne zeznania i zrobić portrety pamięciowe. Z tego co Kingsley powiedział mi w kiblu, to rano Gideon i Fabian złapali jakiegoś menela na Pokątnej, którego główną metodą zarobku było rysowanie karykatur przechodniów i obiecali mu dziesięć galców, żeby rysował te portrety w dwóch wersjach. Jedną bezpośrednio przy świadkach, a drugą, zupełnie różną, narysował przy nich. Wiem, że Charles ma już w biurku wersje oficjalne, kompletnie niepodobne do naszych ludzi, choć nikt jeszcze nawet nie przyszedł zeznawać. Szkoda, że ten pieprzony rysownik już tu siedzi. Podobno Dromeda i Molly próbowały go ogarnąć i jakoś normalnie ubrać, ale nawet litr perfum nie ukrył w zupełności smrodu alkoholu. Cóż, miejmy nadzieję, że żaden Rookwood się o to nie przypierdoli.

Trochę martwiłem się o tę sprawę. Jest nas tu trzech bezpośrednio z Zakonu, z czego ja i Kingsley mamy sprawę Jamesa i Andy’ego, z tym ślubem Malfoya. Jako, że chłopcy szybko awansowali na status Niepożądanych, nie możemy teraz odroczyć ich poszukiwania. Jesteśmy uziemieni przy biurkach i nie możemy wtrącić nawet pół pomysłu przy sprawie porwania. Sam jeden Charles ją prowadzi, mając pod sobą ze dwudziestkę neutralnych i skłaniających się bardziej ku Voldemortowi ludzi. Dobrze przynajmniej, że jest szefem i mniej lub bardziej, ale wszyscy muszą wykonywać jego rozkazy.

Nagle drzwi się uchyliły i weszła najpierw kobieta w ciemnym płaszczu, a po niej Lucjusz Malfoy. Dopiero teraz rozpoznałem w niej Narcyzę. Wyglądała o wiele gorzej niż zwykle. Ciąża chyba jej nie służy. Uśmiechnąłem się sztucznie w jej kierunku widząc, że dziwnie na mnie spogląda. Jednak kiedy jej mąż też odwrócił się w moim kierunku, zacząłem zastanawiać się, o co może chodzić. Kingsley, dotychczas siedzący na krześle dla gości po drugiej stronie mojego biurka, wstał z miejsca i udał się w kierunku swojego.

- Pan Malfoy – rzekłem, celem przywitania. – Prywatnie, służbowo?

- Poniekąd i tak, i tak – odpowiedział, jak na siebie nadzwyczaj sympatycznie. Wstałem i ucałowałem drżącą dłoń Narcyzy, kiedy podeszła. Szybko przestawiłem różdżką drugie krzesło i wskazałem im, aby usiedli.

- Służę pomocą, ale obawiam się, że źle państwo trafili. Ja nie prowadzę tej sprawy. Ma ją szef, pan Point.

Lucjusz uśmiechnął się krótko w taki sposób, jakby miał coś tłumaczyć po raz tysięczny małemu dziecku.

- Z tego co wiem, Scrimgeour, to ty prowadzisz śledztwo dotyczące naszego ślubu – powiedział. – A my właśnie w tej sprawie.

Jasny gwint. Przecież nie ruszyłem w poszukiwaniach od zeszłego miesiąca ani o krztę. To znaczy, jak mogłem ruszyć, skoro prawie mieszkam ze sprawcami? Ale przecież mu tego nie powiem.

- Yyy… widzą państwo, my od sierpnia poczyniliśmy…

- Spokojnie, spokojnie – przerwał mi cicho Lucjusz, podnosząc dłoń do góry. – Przecież nie będę pana rozliczał, za coś, co jest wręcz niewykonalne – rzekł, śmiejąc się krótko.

Nie mam pojęcia, co to za dziwna akcja, ani czego on chce, ale w ogóle mi się to nie podoba.

- W takim razie słucham. O co chodzi, panie Malfoy?

- Moja żona chciałaby zmienić zeznania co do tamtej sprawy.

Spojrzałem niepewnie na Kingsleya. Ten udaje, że wypełnia jakieś akta, ale wiem, że słucha z zapartym tchem. Sięgnąłem po teczkę, w której trzymałem zeznania Narcyzy, czyli ofiary i świadka głównego. Otworzyłem, przerzuciłem zdjęcia i wyciągnąłem finalnie plik kart, na których widniało zdjęcie Narcyzy i jej zeznania.

- Pani Narcyzo – powiedziałem spokojnie. – Wie pani, co pani chce zmienić, czy przypomnieć pani treść zeznania?

- Wiem – odpowiedziała tak niepewnie, że ścisnęło mnie w żołądku. Oni coś kombinują.

- Słucham.

- Otóż po sobocie… po sobocie przypomniałam sobie pewną rzecz – zaczęła i już dwukrotnie spojrzała na męża. Ten przymknął dłużej powieki i delikatnie kiwnął głową. – Przypomniałam sobie, kto mnie napadł na weselu. Jak zobaczyłam twarze, to sobie przypomniałam.

- Według wcześniejszych zeznań, byli to James Potter i Andrew McKinnon, których poznała pani, bo chodzili państwo w jednym czasie do Hogwartu – powiedziałem głośno i pewnie. – Z resztą, jak pani zapewne pamięta, użyliśmy również Myślodsiewni, Veritaserum oraz… bardziej radykalnych, aczkolwiek oczywiście koniecznych środków – zakończyłem, przypominając sobie wściekle wdzierającą się do umysłów gości Walburgę Black.

- Moja żona była po kilku lampkach szampana i w ogromnym stresie, a poza tym była noc – warknął stanowczo Lucjusz. – To, co zapamiętała, a raczej, co jej się wydawało, wszyscy ujrzeliśmy później w Myślodsiewni.

- Nie do końca rozumiem, do czego państwo zmierzają – zacząłem, czując, że już wiem, dokąd zmierzają. – Czyli na ten moment uważa pani, że kto panią wtedy napadł?

Narcyza przełknęła ślinę i skrzywiła się. Wiem, że się boisz i mówisz tylko to, co on ci każe, ale do cholery, kobieto, miej jeszcze w sobie krztę godności.

- To była ta dwójka, która została złapana. To byli ci mężczyźni, jestem pewna.

- Dokładniej McKinnon i Longbottom – uzupełnił za nią mąż.

Poczułem się, jakbym dostał z liścia w twarz. Muszę przyjąć jej zeznanie. A chłopaki są już złapani i czekają na proces. Lucjusz z uśmiechem satysfakcji na twarzy, kontynuował.

- Mamy tu dokument podpisany przez Ministra Magii. Są tu zarzuty przeciwko tym ludziom, a pismo jest prawomocne, ze względu na możliwość pełnienia funkcji oskarżyciela przez Ministra – rzekł, wyciągając papier z teczki i podając mi go.

- Jeszcze nie wiemy, kto będzie pełnił funkcję oskarżyciela na procesie tych mężczyzn – powiedziałem.

- Owszem – zgodził się Malfoy. – Minister już zrzekł się tej funkcji, ale zarzuty są już postawione.

Sprytniej sobie tego nie mogłeś wymyślić. Thicknesse podpisze wszystko, co podsuniesz mu pod nos, ale nie dałby rady obronić tych wszystkich ponaciąganych zarzutów na rozprawie, więc weźmiesz kogokolwiek inteligentniejszego od niego. Mamy chłopaków, więc proces jest kwestią czasu. Odwróciłem się do Narcyzy.

- Czy jest pani pewna, że James Potter i Andrew McKinnon są niewinni i na wolności pozostaną, bo ja zakończę ich poszukiwania z dniem dzisiejszym? A jeśli to są niebezpieczni przestępcy, a pani pod wpływem chwili podejmuje złą decyzję?

To było ryzykowne. Lucjusz drgnął i zaczął mi się bacznie przyglądać.

- Jestem pewna.

Opuściłem głowę, wbijając wzrok w dokument, który mi przynieśli. Nie chcę, żeby dostrzegli rumieńce furii na mojej twarzy.

Oskarżeni:
Jack Michael McKinnon
Louis Frank Longbottom

Zarzuty:
1. Usiłowanie zabójstwa Narcyzy Malfoy z d. Black na jej własnym weselu.
2. Ciężkie pobicie Narcyzy Malfoy z d. Black, rany opisane w jej Karcie Chorób Szpitala Św. Munga w Londynie.
3. Upokorzenie Narcyzy Malfoy z d. Black, a zarazem rodu Malfoy oraz rodu Black, strata na tle mentalnym, psychicznym i fizycznym.
4. Napaść na dom Edwarda Notta w celach rabunkowych.
5. Kolejne usiłowanie zabójstwa ciężarnej Narcyzy Malfoy z d. Black, obecnej podczas napaści.
6. Współudział w porwaniu ww. Edwarda Notta, urzędnika państwowego.
7. Współudział w seryjnym zabójstwie czterech obywateli i dwóch obcokrajowców:
Bena Woodburna,
Jordana Hendersona,
Jasona Bearnta,
Emre’a Cana (Kameruńczyka),
Jamesa Ingesa,
Danny’ego Mullera (Niemca).

podpisał Minister Magii

Pius Thicknesse”

Z zamyślenia wyrwał mnie Malfoy.

- Rozprawa w środę – poinformował mnie. Uśmiechnąłem się szeroko, chcąc zachować pozory.

- Cieszę się, że jesteśmy już tak blisko rozwiązania tej strasznej sprawy. Rozumiem, że rozprawa będzie otwarta?

Lucjusz wstał i spojrzał na mnie pogardliwie.

- Prześlę ci listę świadków.

- Sądziłem, że…

- Żegnam, Scrimgeour. Narcyzo, wychodzimy. Po południu sam zsynchronizuję resztę zeznań z aktami Pointa.

Podniosłem się z krzesła i odprowadziłem posłuszną kobietę wzrokiem. Kiedy wyszli, a ja usiadłem, wszyscy patrzyli się w moim kierunku. Wiem, że wszystko słyszeli.

- No, Kingsley! – zawołałem wesoło. – Kończymy naszą sprawę! Mam nadzieję, że nie masz nic ważnego do roboty. Musimy zacząć przygotowywać cały proces i jakoś oczyścić z podejrzeń naszych poprzednich podejrzanych. Szefie, możemy też powiadomić więźniów w Azkabanie o nowych faktach w sprawie, jeśli się zgodzisz.

- Jasne – rzucił od razu Charles.

- To co? Ty zajmiesz się prasą i plakatami w mieście, a ja Wizengamotem? – spytałem Kingsleya.

- Zgoda.

- Widzimy się za dwie godziny pod Ministerstwem – powiedziałem, chwytając płaszcz. – Później pójdziemy do Azkabanu.

Wyszliśmy i od razu skierowałem się do Croucha, żeby go prosić o podjęcie tej sprawy. Kingsley pójdzie do Kwatery i wszystko powie Dowództwu. Szkoda, że Nicole McKinnon pewnie dowie się podczas przerwy na lunch. Ależ to się paskudnie skończy.

***

- Expecto Patronum – usłyszałem, wchodząc na teren więzienia w Azkabanie. W milczeniu podeszliśmy do krat celi. Jack i Louis siedzieli naprzeciwko siebie. Byli uśmiechnięci.

- Dzień dobry! – rzekli wesoło.

Im szybciej, tym lepiej. Nie ma po co tego odwlekać. Odchrząknąłem i zacząłem mówić, starając się patrzeć im w oczy.

- Przyszedł dziś Malfoy z żoną. Zmienili zeznania w sprawie ślubu. Od teraz jesteście oskarżeni również o to. Przejmujecie zarzuty Jamesa i Andy’ego.

Ich oczy otworzyły się szeroko, a uśmiechy zniknęły z ich twarzy. Nie chcę, ale muszę powiedzieć im wszystko.

- Minister podpisał dzisiaj akt oskarżenia. Podwójne usiłowanie morderstwa, ciężkie pobicie, prześladowanie, napaść rabunkowa, współudział w porwaniu i współudział w seryjnym zabójstwie.

Wbiłem wzrok w czubki moich butów. Nie byłem w stanie na nich patrzeć, bo oni wiedzą, że to oznacza pocałunek dementora, a w akcie łaski dożywocie na trzynastym, najgorszym piętrze. Wiedzą też, że zginą za nie swoje zbrodnie. Zbrodnie? Za nie swoje misje. Będą brali udział w nie swoim procesie, w wielkim procesie. Cały Wizengamot, największa sala. Jeśli zaprzeczą czemukolwiek, zdradzą. Wtedy będą musieli powiedzieć wszystko, co wiedzą na nasz temat, bo Blackowie nie dadzą za wygraną. Oni wiedzą, że muszą się przyznać do wszystkich zarzutów i dać się zabić, bo jeśli zrobią inaczej, przegramy wojnę. Wiedzą, że nie jesteśmy w stanie już nic zrobić. Ani wyciągnąć ich z Azkabanu, ani z procesu. Nie możemy im pomóc, a oni to wiedzą. Kingsley zdobył się w sobie, aby wypowiedzieć resztę wiadomości, które chcieliśmy im przekazać.

- Mamy nadzieję, że uda się odeprzeć zarzuty o napaść podczas wesela. Wasze żony już szukają świadków i same są gotowe zaświadczyć przed Wizengamotem, że tamtego dnia byliście gdzieś indziej.

- To niech przestaną – rzekł Jack, wpatrując się tępo w mur naprzeciwko niego.

- Co? – zdziwiłem się. – Przecież jeśli się uda, to mogą was skazać łagodniej, a chłopcy na razie są bezpieczni i…

- Niech moja żona przestanie szukać świadków – przerwał mi ostro. – Przyznam się do tej napaści.

Kingsley spojrzał na mnie, szukając wsparcia.

- Jack, posłuchaj. Andy jest w strzeżonej Kwaterze…

- Potencjalnie strzeżonej! – wrzasnął McKinnon, zrywając się na równe nogi. – Prawdopodobnie Zakon ma kreta, a ile potrzeba, żeby skasować Charlesa, co? – dodał ciszej. – Jedna mała informacja. Tyle – wysyczał, odmierzając palcami może jeden cal. – Przyznam się do tego i zginę za mojego syna. Nie macie prawa mnie od tego powstrzymać. Jeśli go złapią, dostanie pocałunek.

Nie chcę tego dłużej słuchać. On nie rozumie powagi sytuacji.

- Nie złapiemy go, Jack. Ja ich szukam. Nie złapiemy go.

- Rufus, nie obraź się, ale zginiesz w dzień, w który ktoś zdradzi Charlesa. To samo ty, Kingsley. Nie mów mi, że go nie złapiecie, bo za tydzień może was już nie być w Ministerstwie. Ja się do tego przyznam. Mój syn… on teraz… całe życie przed nim.

- Wiesz, że chciałby czegoś innego…

Jack objął dłońmi stalowe kraty i spojrzał mi w oczy. Patrzyliśmy na siebie z odległości cali.

- Nie masz prawa do mnie tego mówić. Nie jesteś ojcem… już jednego syna straciłem. Jeśli to w jakiś sposób pomoże Andy’emu, to przyjmę pocałunek dementora z ulgą.

Jego słowa wryły mnie w ziemię, nie mam odwagi nawet się poruszyć. Wiem, że on ma rację. Patrzę na jego twarz, a on puszcza kraty i odsuwa się od nich. Louis zbliżył się za to i uśmiechnął smutno.

- Ja też to zrobię – rzekł pewnie i spokojnie. – Jimmy przyda się po stokroć bardziej niż ja.

Ten spokój zwala mnie z nóg. Patrzę w oczy ludziom, których za kilkadziesiąt godzin poprowadzę na rzeź, na śmierć za nie swoje winy, za walkę w dobrej sprawie.

- Tu macie monety… są połączone tylko z monetami waszych żon – powiedział cicho Kingsley i dosłyszałem w jego głosie minimalne załamanie. – Weźcie je i… po prostu. One będą na procesach. My zadbamy, żeby bezpiecznie wróciły do Kwatery. Andy i Frank…

- Niech nie ryzykują – powiedział szybko Louis, a Jack ochoczo kiwnął głową. – Za duże ryzyko, za duże. Tam będą wszyscy, od Śmierciożerców po Wizengamot.

Kiwnąłem głową. Nawet ja czuję się niewyobrażalnie chujowo wiedząc, że nikt z Zakonu nie przyjdzie. Ale nie ma takiej możliwości. Oni zginą dla dobra sprawy, a nie pojawią się nawet ich synowie, bo dostaną zakaz. Nie chcę od nich odchodzić, ale wszyscy czujemy, że to już czas.

- To był zaszczyt pracować czasem z wami, panowie! – rzekł Jack, łapiąc mnie przez kratę za ramię.

- A ta akcja dwa lata temu z Majorki? Jak tam było pięknie! Mógłbym tam walczyć już na zawsze!

Uśmiechnąłem się. Zaśmialiśmy się najpierw cicho, a już chwilę później głośno. Teraz na nich patrzę i wiem, że nie ma nic gorszego. Nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa. Nawet śmierć Maxa nie kosztowała mnie tyle, co ta chwila. Powoli się odwracamy i odchodzimy, a im dalej jesteśmy, tym bardziej czuję, że jest mi coraz gorzej. Ale to dobrze. To znaczy że mały, srebrzysty kot jeszcze na chwilę pozostanie z nimi.

- Zawsze oddani! – słyszę jeszcze krzyk za plecami.

Staram się nie pozwolić na rozprzestrzenienie się gorąca, które teraz wzbiera się w moich oczach. Mrugam szybko, ukrywając łzę, żeby wyostrzyć obraz bramy Azkabanu.

Zawsze silni.

  2 comments for “RUFUS SCRIMGEOUR

  1. ~I love Sirius Black
    11 lipca 2017 o 11:49

    Ale mi sprawiłyście ogromną niespodziankę tym wpisem ❤ jak zobaczyłam na stronie głównej „nie ma Syriusza”, to prawie zamknęłam kartę xd

    Rozdział jest zupełnie kompletnie inny niż wszystkie pozostałe i nie chodzi mi tu tylko o tą narrację. Od razu widać, że Rufus to starszy, doświadczony życiowo i zawodowo człowiek, którego mało co w ogóle rusza. Jest twardy i zdystansowany, co na pewno pomaga mu w pracy. Mimo tego widać, że lubił się z Maxem, Luisem i Jackiem. Czyli Charles najpierw robił miotły, a potem zmienił tożsamość i został Aurorem. To mądre posunięcie ze strony Zakonu, w końcu prace straciło kilkoro członków. Współczuję tylko picia co rano eliksiru wielosokowego! Fajnie ukazana praca w tym biurze i podoba mi się pomysł z tymi alarmami. Malfoy od pierwszego momentu przedstawia swoją wersję wydarzeń i wszystkich ucisza, żeby nie powiedzieli czegoś niewygodnego. Sprytnie z jego strony. Z tego wszystkiego zrozumiałam, że może on wywierać konkretne, mocne naciski na Ministerstwo i nikt się mu nie wywinie. Czyli to jednak Syriusz zabił. To straszne, ale w sumie musiał, jeśli chciał uratować Lily… Tylko jak tyłu ludzi za jednym zamachem??? Choć w sumie Glizdogon zabił 13. I nie wierzę po prostu w to, jakim można być okropnym człowiekiem, żeby tak jak Narcyza, swoim zeznaniem fałszywym skazać kogoś innego na śmierć. I to jeszcze niewinnego!!! Płakałam na ostatnim fragmencie. Oni chcą się poświęcić, żeby aurorzy przestali szukać Jamesa i Andyego… Najbardziej zadziwia mnie to z jakim oni spokojem i godnością przyjmują swój los.

    Ten bonus jest naprawdę cudowny ❤ chce takich więcej! Pozdrawiam i niecierpliwie czekam na Syriusza.

    Ps. I na notkę Marley! Zdradzicie, po którym rozdziale się pojawi?

    • Furia
      14 lipca 2017 o 19:33

      Bardzo Ci dziękuję za komentarz!
      Dokładnie o to chodziło – o przedstawienie Rufusa jako doświadczonego Aurora i system pracy całego Biura. Charles prowadził swój biznes, aż do momentu, po którym Śmierciożercy zaczęli podejrzewać go o współpracę z Zakonem Feniksa. Planujemy dokładnie opisać czasy, w których Voldemort zaczynał przejmować władzę i tam więcej na ten temat. Masz rację co do Lucjusza. W następnych rozdziałach będzie też trochę więcej Ministerstwa. :)
      Już teraz zapraszam na rozdział Syriusza! Cóż, niewątpliwie miał jakiś powód, by to zrobić ;)
      Narcyza jest zastraszona przez swojego męża, co jej jednak nie usprawiedliwia…
      Bardzo dziękuję za tak pozytywną opinię i naprawdę polecam czytać „bonusy”, będzie ciekawie… <3
      Rozdział Marleny pojawi się około 18. rozdziału, ale teraz chcemy podkręcić tempo wrzucania notek, więc mam nadzieję, że nie trzeba będzie na nią bardzo długo czekać. :)
      Pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.