13. SYRIUSZ: Pomiędzy wiarą a zwątpieniem

Mary widocznie nie mogła znieść atmosfery panującej w pokoju dziewcząt, ale raczej nikt jej się nie dziwił. Wczorajszego popołudnia wszyscy byli jeszcze bardziej przybici, niż przed pogrzebem. Marlena, Ann i Lily płakały niemal bez przerwy, a Dorcas, zdaniem Macdonald, zachowywała się wręcz TRAGICZNIE w stosunku do pogrążonych w żałobie współlokatorek. Tak bardzo chciała stamtąd uciec, że aż wybłagała Jamesa, żeby po raz kolejny pozwolił jej z sobą spać, a dzisiaj z samego rana posprzątała pokój Huncwotów, żeby mieć gdzie siedzieć. W królestwie Huncwotów już dawno nie było tak czysto. Teraz zajęła jedyny znajdujący się w pomieszczeniu stół swoimi przyborami do malowania paznokci i zmieniała kolor swoich z czarnych na bordowe.

- Jak ona mogła mi to zrobić? No powiedzcie, jak?! – marudziła, gestykulując bezwiednie i rozchlapując przy tej okazji lakier po całym pokoju. – Przecież żadnego ze swoich braci nie odwiedzała od końca siódmej klasy, a teraz nagle jej się zebrało na wyjazdy! Nawet nigdy nie wspomniała, że Luke ma już dzieci. A teraz? Wielce mi wspaniała ciocia! Pojechała zwieść im po paczce Fasolek!

Alicja widocznie również nie mogła znieść atmosfery panującej w pokoju dziewcząt. Zaraz po pogrzebie poprosiła dowództwo o pozwolenie na samowolne i długoterminowe opuszczenie Kwatery, spakowała małą, podręczną torbę i deportowała się do Nottingham, gdzie mieszkał wspólnie z małżonką i gromadką dzieci jeden z jej trzech starszych braci – Luke. Macdonald nie mogła przeboleć, że Alicja, jedyna wyspa spokoju i siły psychicznej na morzu łez, histerii i tragedii reszty współlokatorek, opuściła ją w chwili największego kryzysu.

- Nie dramatyzuj, Mary. Gdybyś miała teraz kogo odwiedzić, to pewnie tyle byśmy cię widzieli – mruknął James, pstrykając palcami.

- Nieprawda! – zaperzyła się dziewczyna.

Syriusz próbował ignorować coraz bardziej upierdliwe jęczenie blondynki i wiercącego się na swoim piętrusie Jamesa, który od kilkunastu minut próbował złapać fruwającego po pokoju znicza bez wstawania z łóżka, lewą ręką i to bez okularów. Huncwoci nie wiedzieli dokładnie co się stało, ale od niedzielnego obiadu Potter starał się wszystkim wmówić, że teraz widzi o niebo lepiej i co chwilę próbował to udowodnić. Black wyciągnął spod łóżka stary numer magazynu motoryzacyjnego i z zadowoleniem stwierdził, że nie pamięta, co w nim było napisane i spokojnie może go przeglądnąć kolejny raz.

- Będzie zebranie Zakonu – rzekł głośno Peter. Wszyscy obecni przerwali na chwilę swoje zajęcia i skupili uwagę na chłopaku. – Jest informacja na fałszywym galeonie. Sala Spraw Poważnych, o szesnastej. Obecność obowiązkowa.

- To można jeszcze używać galeonów? – zdziwiła się Mary. – No wiecie, po tym jak złapali Jacka i Louisa?

- Z tego co mi wiadomo, to Kingsley w imieniu Biura Aurorów skonfiskował monety ich i Maxa, a reszta swoich nie zgubiła – powiedział Lunatyk, który właśnie przekroczył próg pokoju Huncwotów. Tak zupełnie szczerze powiedziawszy, wyglądał źle. Był blady jak ściana i miał podkrążone oczy. Zdawało się, jakby nie spał od kilku dni. – Zebranie będzie w sprawie Jacka i Louisa, tylko tyle wiem. Słuchajcie, mam prośbę.

- Dla ciebie wszystko, przyjacielu – odpowiedział ochoczo James.

- Dowództwo zdecydowało, że do Kwatery wprowadzą się pani Clementine i Judith. Trzeba im pomóc w przeprowadzce.

- To bardzo miły gest z twojej strony, Luniak. Usprawiedliwimy twoją nieobecność na zebraniu – mruknął Black, nie odrywając wzroku od magazynu. Remus westchnął, dając tym znak, że nie ma teraz ochoty na przekomarzanie się.

- Źle zrozumiałeś – rzekł dobitnie, zabarwiając swój ton w sposób jednoznacznie wskazujący na to, że to nie jest jedyna rzecz, którą Black źle zrozumiał ostatnimi czasy. – Przecież nie zostawię Marleny samej.

Tak po prawdzie, to Lupin nie był już potrzebny dziewczynie dwadzieścia cztery godziny na dobę i mógłby zrobić sobie chwilę wolnego. Ona teraz połowę czasu spędzała w swojej sypialni w towarzystwie Ann, albo z Andym w jego pokoju. Powoli stawała na nogi, a Syriusz był pewny, że w dużej mierze jest to zasługa właśnie McKinnona. Przemilczał jednak te swoje przemyślenia, żeby nie dolewać oliwy do ognia. Odkąd okazało się, że Meadowes jest niewinna, pomiędzy nim a Lupinem panowała napięta atmosfera, a on naprawdę nie chciał jej podsycać.

- To była właśnie moja prośba do was.

- Ja nie idę! – krzyknął od razu James.

- Ja też – dodał Syriusz niemal w tym samym momencie.

- A ja nie będę taszczyć jakichś ciężkich walizek, pudeł i kartonów – oświadczyła Mary. – Z  resztą nie umiem teleportować się łącznie – dodała, widocznie ciesząc się z tego faktu.

- To niesprawiedliwe! – zawołał Peter, który dopiero skończył przeżuwać ostatnie ciastko dyniowe z trzymanej w ręce paczki i nie zdążył odezwać się wcześniej. – Zagrajmy w Peleryna-Różdżka-Kamień!

- Nie ma opcji – powiedział Black. – Ty idziesz!

- Nie! – krzyknął James. – Zagrajmy! Kto przegra, ten idzie!

Syriusz przewrócił oczami w wyrazie dezaprobaty, ale odłożył gazetkę na wyjątkowo niezagraconą, zawieszoną na ścianie na wysokości górnego posłania szafkę nocną i zeskoczył z łóżka.

- Niech wam będzie.

- 42 Kitchener Street w Darlington. Dzięki, chłopaki – powiedział Lupin i szybkim krokiem opuścił pokój.

***

Drugi raz w tym tygodniu, chociaż był dopiero wtorek, Syriusz zapukał do drzwi domu rodzinnego Marleny, przeklinając w myślach Jamesa, który najpierw namówił go na granie w Peleryna-Różdżka-Kamień, a potem wygrał z nim w piątej dogrywce. Drzwi otworzyły się na oścież i stanęła w nich niska, pulchna kobieta.

- Dzień dobry – przywitał się chłopak.

- Z pewnością niedobry. Wejdź.

Przestąpił próg i skierował się w stronę wskazywaną przez panią Clementine. Na końcu wąskiego korytarzyka był niewielki salon, zastawiony w tym momencie torbami i kartonami. Spomiędzy nich wyłoniła się Judy. Trzymała w rękach album ze zdjęciami, a jedną z fotografii moczyła obficie łzami.

- Och, Syriusz… – wyjąkała, wycierając szybko rękawem swetra kropelki ze zdjęcia. – Co ty tu robisz?

- Przyszedłem wam pomóc.

Dziewczyna zamknęła album i odłożyła go do jednego z kartonów. Schowała twarz w dłoniach i znów zaniosła się cichym szlochem. Korzystając z okazji, że akurat żadna z kobiet na niego nie patrzyła, Black przewrócił oczami. Nie lubił, gdy ktoś płakał w jego obecności. I nawet teraz, gdy wiedział, że Judith nie wylewa łez z błahego powodu, to i tak miał ochotę obrócić się na pięcie, wyjść i trzasnąć za sobą drzwiami. Zamiast tego położył na ziemi małą walizkę, którą trzymał w ręku i odpiął jej wieko. Zaczął wkładać do niej kolejne stojące wokół pudełka. Przed deportacją do Darlington, Dorea rzuciła na nią zaklęcie Zmniejszająco-Zwiększające, żeby wygodniej im było przetransportować cały bagaż. Zaraz po tej operacji salon przestał przypominać stary magazyn i okazał się przytulnym, ale również przestronnym pomieszczeniem.

- Młodzieniaszku, pozwól tu na chwilę z tą czarodziejską torbą! – zawołała pani Johnson.

Syriusz podniósł delikatnie walizkę, modląc się w duchu, by włożone już do niej rzeczy się nie poprzewracały, a potem powoli ruszył w stronę kuchni. Pani Clementine złożyła właśnie ostatni biały obrus na dość pokaźnych rozmiarów kupkę, po czym wzięła ją w ręce i wrzuciła do walizki z rozmachem.

- Proszę pakować rzeczy osobiste – powiedział Syriusz uprzejmym tonem. – Nie wyprowadzacie się na zawsze, jedynie do końca wojny. A jestem pewny, że w Kwaterze mamy wystarczająco wiele obrusów, proszę pani. I sztućców również.

- Ten komplet dostaliśmy z mężem w prezencie ślubnym od stryjenki mojej teściowej – oświadczyła pani Clementine tonem, jakby to był wystarczający, kończący dyskusję argument. Black westchnął zrezygnowany.

- Pójdę pomóc Judy.

- Idź, idź. Pierwszy pokój na lewo na piętrze. Tylko powiedz jej, żeby nie pakowała żadnych niepotrzebnych rzeczy!

Syriusz zostawił w kuchni „czarodziejską torbę”, a sam w kilku susach znalazł się na wąskich schodach prowadzących na piętro. Przeskakiwał po kilka naraz aż w końcu dotarł do różowych drzwi po lewej stronie. Widniał na nich namalowany dziecięcą ręką obrazek, który przedstawiał twarz Marleny wyraźnie przekreśloną czerwoną kredką. Opatrzony był napisem „Starszym siostrom wstęp wzbroniony!”. Chłopak uśmiechnął się i zapukał cicho, ale nie poczekał na zaproszenie. Wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. W pomieszczeniu panował totalny rozgardiasz, a każdy fragment przestrzeni płaskiej wykorzystany był do maksimum. Roiło się wokół od wszelkiego rodzaju dekoracji, plakatów, zdjęć, bibelotów i małych kaktusów. Wygląd pokoju w ogóle go nie zdziwił. Właśnie tak wyobrażał sobie sypialnię kogoś, kto nazywa się Johnson. Judith siedziała na podłodze na środku pokoju. Rękami obejmowała kolana podkurczone pod brodę. Kiwała się lekko na zmianę w lewo i prawo do melodii płynącej z małej nakręcanej pozytywki z baletnicą.

- Cześć, mała.

- Syriusz, ja nie chcę się wyprowadzać… – powiedziała słabym głosem.

- Johnson, potraktuj to jak wakacje – poradził Black, siląc się na beztroski ton. – Będziesz odpoczywać od obowiązków domowych, poznasz kilka nowych koleżanek i codziennie podrywać cię będzie przynajmniej trzech przystojnych facetów.

- Kompletnie nie umiesz pocieszać – bąknęła pod nosem Judy.

- Wcale nie próbowałem, ale z chęcią zobaczyłbym pierwszy twój uśmiech bez aparatu ortodontycznego na zębach.

Judith spłonęła rumieńcem i wbiła wzrok w podłogę.

- Nie sądziłam, że jeszcze ktokolwiek o tym pamięta.

Syriusz kucnął przed nią. Zbliżył dłoń do jej twarzy i odgarnął jej za ucho wpadające do oczu loki. Dwoma palcami chwycił jej podbródek i delikatnie uniósł ku górze. Ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały.

- Uśmiechnij się dla mnie, Johnson – zażądał. Jej usta po chwili wygięły się lekko, ale nie można było tego nazwać uśmiechem z prawdziwego zdarzenia. Nie był to jednak dobry czas na wybrzydzanie. – Świetnie. A teraz pokażę ci jedną sztuczkę, która bardzo przyspiesza pakowanie. Indumentis movere.

Z szafy, w którą celował Syriusz, wyleciał wieszak z płaszczem. Zaraz za nim pojawiły się złożone w kostkę spodnie. Rozprostowały się niemal od razu i wskoczyły pod płaszcz, jakby założyła je niewidzialna osoba. Podobnie stało się z parą trzewików, rękawiczkami i czapką z pomponem. Ubraniowy stwór nieco nieskoordynowanymi ruchami złapał stojący przed nim karton i rękawiczkową dłonią zaczął ściągać bibeloty z kolejnych półek i szafek, a potem umieszczał je w pudle. Kiedy zapełnił się cały karton, Syriusz machnął różdżką po raz kolejny. Stwór obrócił się gwałtownie w stronę drzwi, zachwiał się mocno na miękkich, jeansowych nogach i ruszył do wyjścia. Judy otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

- Co to było?

- To autorskie zaklęcie Lunatyka. To znaczy Remusa Lupina. Jest rewelacyjne. Dzięki niemu nie musieliśmy samodzielnie pakować kufrów przed końcem roku szkolnego już w piątej klasie.

- Czyli niektóre krążące w Hogwarcie historie o sławnych Huncwotach wcale nie są przesadzone.

- A co takiego o nas słyszałaś?

- Że wymyśliliście zaklęcie Levicorpus.

- Najprawdziwsza prawda – odpowiedział chłopak, uśmiechając się łobuzersko. – Co jeszcze?

- Że byliście w stanie dostarczyć do szkoły nieograniczone ilości alkoholu o każdej porze dnia i nocy i że tylko dzięki temu, że całowałeś się z panią Hooch po świątecznej wieczerzy w waszej szóstej klasie, James Potter nie był zdyskwalifikowany na całą rundę rewanżową, po tym jak sfaulował Jaspera Withby’ego z Huffelpuffu.

Syriusz nie spodziewał się, że niektóre legendy obiegające szkołę mogą tak bardzo mijać się z prawdą. Wybuchnął śmiechem, kiedy przypomniał sobie, jaki szlaban solidarnie przyjęła na siebie cała drużyna Gryfonów, by tylko pozwolono Rogaczowi grać. Calusieńkie popołudnia przez trzy długie styczniowe tygodnie, zamarzając na kość odmalowywali trybuny wokół stadionu Quidditcha. Chłopak pomyślał, że chyba jednak wolałby w ramach kary pocałować nauczycielkę.

Już miał sprostować całą historię i ujmując sobie samemu, przyznać się, że nie na wszystkie kobiety jego urok osobisty wywierał aż taki wpływ, kiedy z parteru dało się słyszeć najpierw krzyk przerażenia, a potem huk i głośny, metaliczny brzdęk, a na koniec dźwięk tłuczonego szkła. Syriusz wystrzelił z pokoju jak z armaty. Na najniższym schodku już miał różdżkę wycelowaną w wejście do kuchni. Zaraz za nim na dół zbiegła Judith. Razem weszli do pomieszczenia, spodziewając się najgorszego.

Kiedy Black zorientował się w sytuacji, parsknął cicho śmiechem. Na środku kuchni stała pani Clementine, dysząc ciężko i wymachując oburącz patelnią, a u jej stóp, w kawałkach bibelotów z pokoju Judy, leżał już całkiem nieruchomo ubraniowy stwór.

- Mamo! – krzyknęła z wyrzutem dziewczyna. – Nawet nie wiesz, jak bardzo nas przestraszyłaś!

- Och, a co ja mam powiedzieć?! – zawołała oburzona kobieta. – Gdybyście widzieli, co mi tu przed chwilą do kuchni wlazło! Dobrze, że uszłam z życiem!

Syriusz zerknął kątem oka na Judy i pierwszy raz zobaczył jej uśmiech bez aparatu ortodontycznego na zębach. Wtedy stwierdził, że mugolskie bajki, jak ta O Brzydkim Kaczątku, mają w sobie więcej prawdy, niż krążące od kilku lat po Hogwarcie plotki na jego temat.

***

Już od kilku lat w Kwaterze nowi mieszkańcy witani byli z otwartymi ramionami. Tak samo było teraz. W samych drzwiach frontowych Dorea mocno uściskała panią Clementine i Judy i zaraz uraczyła je kawą i kremówkami. Syriusz wściekał się sam na siebie, że znów zapomniał formuły zaklęcia zmniejszającego ciężar przedmiotów. Jakoś jednak udało mu się zanieść przeraźliwie ciężką „czarodziejską torbę” na drugie piętro i wstawić ją do pokoju, który od teraz zajmować miały mama i siostra Marleny. Ze znajdującej się obok sypialni dziewcząt wyskoczył Lunatyk.

- Już jesteście?

- Jak widać – mruknął Black w odpowiedzi, rozmasowując sobie bark.

- Zapomniałeś jak akcentuje się Vindgardium Leviosa? – zaśmiał się Remus, wskazując na prowizoryczny masaż, a Syriusz pacnął się otwartą dłonią w czoło. – Dzięki za pomoc, stary. W rozpakowywaniu ja im pomogę.

Syriusz odetchnął z ulgą i niespiesznie udał się do pokoju Huncwotów. Chciał wreszcie mieć chwilę dla siebie. Od soboty starał się jak najbardziej unikać rozmów na temat nieudanej misji i uwolnienia Dorcas, a wiązało się to z niemałym wysiłkiem. Postanowił szybko się przebrać, zaszyć w swoim pokoiku na poddaszu i wykorzystać czas, który został mu do spotkania Zakonu na malowanie. Wszedł do sypialni Huncwotów i od razu udał się w stronę szafy. Kątem oka dostrzegł Jamesa, który wyglądał na bardzo zmartwionego i to już wydało się Blackowi dziwne, bo James rzadko się czymś martwił. Zatrzymał się wpół kroku i popatrzył na przyjaciela troskliwie.

- Co jest, bracie?

- Nie wiem, co mam kupić Macdonald. Coś do ubrania chyba nie, ona ostatnio była na zakupach z dziewczynami. Na damskich kosmetykach nie znam się zbyt dobrze. Mary raczej mało czyta. Cholera, nie mam pojęcia. Dziewczyny już pewnie od dawna mają przygotowany prezent.

- Ale po co chcesz jej coś kupować? – zdziwił się Syriusz.

- Ona ma dzisiaj urodziny. Jak zwykle zapomniałeś – burknął James oskarżycielsko.

- No i co? – Black wzruszył ramionami.

- Ona zawsze o twoich pamięta. Z resztą nieważne. Od zawsze byłeś takim ignorantem i to się już chyba nie zmieni – powiedział Rogacz i uśmiechnął się półgębkiem. – Ty lepiej siadaj. Musimy pogadać i tym razem nie dam ci zwiać.

Syriusz westchnął cicho, ale jednak usiadł naprzeciw Jamesa. Źle czuł się z tym, że od soboty bezczelnie spławiał swojego najlepszego przyjaciela. Wiedział, o czym tamten chce rozmawiać, więc postanowił w końcu mu to wszystko wyjaśnić i raz na zawsze zostawić ten temat za sobą. Potter wpatrywał się w niedoszłego rozmówcę i czekał na początek opowieści.

- O czym musimy pogadać? – spytał Black grając na zwłokę.

- Nie udawaj, że nie wiesz – odpowiedział James zniesmaczony. – Dlaczego uwolniłeś Meadowes?

- Bo nie ona zdradziła. Przecież wiesz, że nie wypuściłbym jej, gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości.

- Dlaczego ty nigdy nikomu nie uwierzysz na słowo? Uważasz, że nikt poza tobą nie potrafi rozpoznać prawdy? Że inni nie są godni twojego zaufania? Przecież Gideon ją sprawdził w obecności dowództwa. Po co ty tam w ogóle polazłeś?

- No i co chcesz usłyszeć? Że nie wiem? – spytał Black podniesionym głosem. Emocje buzowały w nim i z trudem trzymał je na wodzy. Dłonie mimowolnie zaciskały mu się w pięści. – Tak, masz rację! Nie wiem, o prostu miałem przeczucie.

- Miałeś przeczucie! – krzyknął James, śmiejąc się teatralnie. – A nie masz przeczucia, że ona owinęła sobie ciebie wokół palca? Że obydwoje z mamą tańczycie, jak wam zagra?

- Nie przeginaj – zdenerwował się Syriusz.

- Wcale nie przeginam. Dałeś się zmanipulować małolacie z ładną buzią. Ona jest sprytniejsza, niż ci się wydaje. Przez połowę życia jej idolem był Karkarow. Uczył ją wszystkiego, co sam umiał. Przecież ona wygrała Turniej. W pierwszym zadaniu pokonała pieprzoną chimerę! W przeciwieństwie do Roberta wyszła z labiryntu!

- To, że ktoś był uczony, czy wychowywany przez złych ludzi nie znaczy, że sam jest zły – warknął Syriusz, tracąc panowanie nad sobą. – Mnie też podejrzewasz, bo moi rodzice to Śmierciożercy?

- Nie – zaperzył się Potter. – Jasne, że nie.

- To czemu mi nie zaufasz?! Sprawdziłem ją!

- Ale jesteś zaślepiony! – krzyknął James, zrywając się na równe nogi. – Ona uczyła się oklumencji! Mogła podsuwać ci fałszywe wspomnienia, nie pomyślałeś o tym?

- Umiem rozpoznać…

- W ogóle nie jesteś obiektywny! Tobie się wydaje, że jesteś pieprzonym geniuszem, bo legilimencji uczyłeś się wtedy, kiedy twoi rówieśnicy ganiali gnomy po ogrodzie? A tak naprawdę kiedy ostatni raz ją ćwiczyłeś? Jak miałeś jedenaście lat? Wybacz, ale żadne dziecko, chociażby nie wiadomo jakie zdolne, nie dorówna dorosłemu czarodziejowi. A skąd ty możesz wiedzieć, na jakim jesteś teraz poziomie, skoro nikt z Zakonu nie stanowi dla ciebie poważnego wyzwania? A może twoja matka wcale nie była w tym taka dobra, jak ci się kiedyś wydawało? Ale wracając do nas… My wszyscy, cały Zakon, nie doceniliśmy Meadowes. Ona jest cwana jak lis i dodatkowo świetnie gra. Wykorzystała emocjonalne podejście mamy i mama teraz stoi za nią murem. Tego można się było spodziewać, ale że ty dałeś się wpuścić w maliny jak jakieś naiwne dziecko…

Syriusz też zerwał się z posłania i w złości kopnął z całej siły w stojące obok krzesło.

James mi nie ufa. Mój James mi nie wierzy. Spodziewałbym się tego po każdym, ale nie po nim.

Nie potrafiąc znaleźć słów na te oskarżenia, opadł z powrotem na łóżko. Zdawał sobie sprawę z tego, że oklumencję ma niemal idealną, ale ją ćwiczył dużo dłużej. Orion z Walburgą przyjęli sobie za punkt honoru, by nauczyć jej swojego pierworodnego. On sam również nigdy nie miał nic przeciwko tym lekcjom, bo chociaż matka była niezmiernie wymagająca i przedłużała je w nieskończoność, to widział swoje postępy i one dawały mu motywację do dalszej nauki. Legilimencję przestał praktykować zaraz po zakolegowaniu się z Huncwotami, pod koniec pierwszej klasy. Rzeczywiście, miał wtedy jedenaście lat. Kiedy postanowił, że za żadne skarby świata nie pójdzie w ślady ojca, zaczął odmawiać nauki magii, którą w domu Blacków eufemistycznie nazywano potężną. Obiecał sobie, że bez względu na konsekwencje, jakie będą wobec niego wyciągać rodzice, nie będzie już więcej ćwiczył czarnej magii, choćby nawet nikomu nie działa się przy tym krzywda. Wtedy zaczęła się jego przemiana, która doprowadziła go tego, że teraz stał naprzeciwko całej swojej rodziny, uważając ich za największych wrogów.

A może James ma rację… a co jeśli ktoś naprawdę potrafi to lepiej ode mnie? Naprawdę nie umiałbym rozpoznać fałszywego wspomnienia? Przecież widziałem cały jej dzień. To nie była ona. Dlaczego w takim razie Rogacz tak łatwo zasiał w mojej głowie kolejne wątpliwości?

Syriusz znów zerwał się na równe nogi i chwycił w dłoń pierwszą rzecz, która nawinęła mu się pod rękę. Zamachnął się i cisnął nią na oślep przed siebie. Stojący blisko James skoczył w bok i złapał lecący kałamarz, zanim ten zdążył roztrzaskać się o ścianę.

- Nie wściekaj się – powiedział, po czym podszedł do niego i położył Syriuszowi dłoń na ramieniu. – Tylko przemyśl to na spokojnie, dobra?

- Naprawdę mi nie wierzysz? – spytał Black.

- Wierzę – odpowiedział Potter, nie zabrzmiało to jednak zbyt przekonująco. – A przynajmniej się staram.

- Dzięki, stary – rzekł Syriusz i uśmiechnął się lekko.

- Mam jeszcze tylko jedno, ostatnie pytanie do ciebie!

Przed minutą Black już naprawdę myślał, że trudny temat za nimi, ale Rogacz widocznie postanowił, że nie spocznie, dopóki nie dowie się wszystkiego.

- No, dawaj – westchnął zrezygnowany, mentalnie przygotowując się na kontynuację rozmowy.

- Masz jakiś pomysł na prezent dla Macdonald?

Widząc minę Syriusza, James wybuchnął śmiechem i nie mógł się opanować przez kilka długich chwil. Dawno nie słyszany, miły dla ucha dźwięk rozniósł się po całym trzecim piętrze Kwatery Głównej Zakonu Feniksa.

Nie ma Maxa, Jacka i Louisa, a mimo tego wszystko powoli wraca do normy. Im już nie pomożemy. Może to czas, żeby zostawić za sobą nieudaną misję i pójść dalej?

  4 comments for “13. SYRIUSZ: Pomiędzy wiarą a zwątpieniem

  1. ~Lumorożec
    3 października 2017 o 21:11

    Każdy następny rozdział jest co raz lepszy. Życzę wam weny twórczej.
    Ten rozdział był tak boski że nie mam słów żeby go skomentować.

    • ~Drama
      3 października 2017 o 23:24

      Dziękuję, choć nie ukrywam, że obie z Furią nie spodziewałyśmy się takiej entuzjastycznej reakcji akurat pod tym rozdziałem. Pozdrawiam ❤

  2. ~AT
    3 października 2017 o 22:50

    Chyba wszyscy już powoli oswajają się z tym, że ojciec Marleny…no cóż nie żyje. O ile można się z takim faktem oswoić…
    Wszyscy jakoś to przeżywają.
    Syriusz jest przekochany nawet jeśli nie lubi, kiedy ktoś przy nim płacze. I nawet jeśli uważa, że nie potrafi pocieszać, to jednak potrafi. Johnson się przecież uśmiechnęła! Jest naprawdę wspaniały. :) Oh te historie o huncwotach w Hogwarcie. Oni przecież są legendą! Hogwart na długo ich zapamięta :) Martwi mnie trochę napięta sytuacja pomiędzy Syriuszem, a Remusem (bo pomiędzy Syriuszem i Jamesem na długo napięta być nie może). Remus tutaj jest strasznym nerwusem, ale szkoda mi go trochę bo raczej nie zdoła odbić Andyemu Marleny. On kiedyś znajdzie swoją własną, inną miłość. :) Martwi mnie też fakt, że Syriusza przez chwilę zwątpił w siebie i zaczął dopuszczać do siebie to że Dorcas mogła go jakoś oszukać. Choć to pewne, że tego nie zrobiła!!! Uwielbiam Jamesa, który chwali się swoim ,,nowym wzrokiem” (przede wszystkim uwielbiammm Jily)
    Czekam na nową notke jak zawsze z niecierpliwością
    Dawna A

    • ~Drama
      3 października 2017 o 23:36

      Niestety nasz Remus nie potrafi odseparować roli dowódcy od przyjaźni. To powoduje, że nieraz uważa, że Huncwoci powinni go słuchać i nie wyrażać własnego zdania. A jeśli chodzi o „odbijanie”, to jeszcze się okaże, że z Marlenki jest niezłe ziółko! Przechodząc niezbyt płynnie do Syriusza, to on jest beznadziejny w pocieszeniu :D tylko by bajerował… My również uwielbiamy Jily, więc już w 13 rozdziale Jima będzie scena z Lily z jego perspektywy. Sama jestem ciekawa, co mu tam siedzi w głowie! Pozdrawiam i bardzo dziękuję za komentarz ❤

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.