13. LILY: Kamień z serca

Lily zamknęła za sobą mosiężną furtkę, a znajdującą się w jej dłoni listę zakupów przygotowaną rano przez Emilię Macdonald i plik banknotów, które otrzymała od Dorei na sprawunki, wcisnęła głęboko do kieszeni. Ruszyła powoli w stronę małego sklepiku. Nareszcie przestało padać. Pierwszy raz od kilku dni wiatr przegnał ciężkie burzowe chmury znad Doliny Godryka i na niebie ukazało się słońce. Wędrowało szybko i nisko nad lasem, przeglądając się nieśmiało w wielkich kałużach na piaskowej drodze. I chociaż nie było ciepło, to bardzo wiele osób wyszło dziś na dwór pooddychać świeżym powietrzem. Siedzieli na bujanej ławce w ogrodzie, albo spacerowali po lesie. O tak, powietrza bardzo brakowało teraz członkom Zakonu Feniksa. Na Kwaterę Główną, czyli tak naprawdę jedyne bezpieczne miejsce dla bardzo wielu ludzi, padł teraz cień zdrajcy. Wszyscy, a szczególnie Charles Potter, który był Strażnikiem Tajemnicy zaklęcia Fideliusa, byli teraz zagrożeni. Jeszcze nikomu nic nie udowodniono, ale odkąd Dorcas została oczyszczona z zarzutów, ciche oskarżenia i nieufne spojrzenia zaczęły płynąć w wielu kierunkach. Lily nikogo nie podejrzewała. Lubiła niemal wszystkich członków Zakonu i w głowie jej się nie mieściło, że ktoś mógłby zrobić coś takiego. Należała do tej organizacji najkrócej, mimo to czuła, że ci ludzie są jej tak bardzo bliscy, jakby byli jej rodziną. A rodzina od zawsze była dla Lily najważniejsza. To dlatego właśnie dziewczyna nie mogła pozbierać się po ostatniej misji. Jej błąd kosztował kogoś życie. Evans wyciągnęła chusteczkę i wytarła nią łzy, zanim jeszcze zdążyły opaść z rzęs na policzki.

- Poczekaj! – usłyszała za sobą wołanie. Zatrzymała się wpół kroku, prosząc w duchu, żeby nie chodziło o nią. Tak bardzo bała się konfrontacji z Andym McKinnonem, szczególnie z tego względu, że doskonale pamiętała reakcję Franka Longbottoma na wieści o nieudanym odwrocie i o pojmaniu jego ojca. Teraz sytuacja jawiła się bliźniaczo, z jedną tylko różnicą. Andy’ego tam nie było, więc jego spojrzenie na sprawę zależało od tego, od kogo usłyszał wieści. A Evans dałaby głowę, że usłyszał je od swojego współlokatora i zarazem najlepszego przyjaciela, Franka.

Kiedy odwróciła się, jej nadzieje legły w gruzach. Andy McKinnon właśnie wybiegał za nią z podwórka. Jego niezapięty płaszcz załopotał na wietrze.

- Coś się stało? – spytała piskliwym głosem.

- Nie – zaprzeczył chłopak szczerze zdziwiony taką reakcją. – Tak tylko pomyślałem, że przyda ci się pomoc.

- Nie trzeba – odpowiedziała nieco za szybko. – Naprawdę.

- Nie udawaj. Widziałem tą listę zakupów i szczerze powiedziawszy to wątpię, że we dwoje damy radę to wszystko przynieść – uśmiechnął się lekko. – A poza tym chciałem z tobą porozmawiać na osobności.

Lily kiwnęła głową. Wiedziała, że to się tak skończy. Popatrzyła w jego oczy. Chociaż Andy nie był podobny do ojca, to teraz one do złudzenia przypominały jej oczy Jacka. W głowie znów zobaczyła sytuację, gdy leżała obezwładniona na chodniku pomiędzy nogami Śmierciożerców, a pan McKinnon rzucił przeciwzaklęcie i poniósł ją na nogi. Zacisnęła mocno usta i potrząsnęła lekko głową, chcąc w ten sposób pozbyć się z głowy tego obrazu.

- Wiem, że się obwiniasz za wszystko, co się stało. Pamiętam, co Franky wykrzyczał, gdy wróciliście z Blackiem z Chelmsford. Wczoraj wieczorem wypytałem go dokładnie o przebieg misji i opowiedział mi wszystko ze szczegółami, bez emocji. Przemyślałem to na spokojnie.

Lily wstrzymała oddech, ale nie wytrzymała intensywnego spojrzenia chłopaka i zerwała kontakt wzrokowy. Obawiała się tego, co miała za chwilę usłyszeć. W końcu jego ojciec został pojmany przez Śmierciożerców, a potem wtrącony do Azkabanu. Evans poczuła, że trzęsą jej się ręce ze stresu. Andy McKinnon szedł chwilę w milczeniu, jakby potrzebował jeszcze odrobiny czasu na przemyślenie tego, co chciał jej powiedzieć.

- Co jest, Lily? – spytał nagle, przyglądając się jej uważnie.

- Nic – szepnęła dziewczyna, posyłając mu spłoszone spojrzenie.

- Nie bój się – powiedział z uśmiechem. – Nie będę na ciebie krzyczał. Frank też nie powinien był wtedy tego robić. Poniosło go, bo straciliśmy ludzi. Dowódca zawsze czuje się odpowiedzialny za Wykonawców, mimo tego że każdy tutaj jest dorosły i sam decyduje się podjąć ryzyko związane z misją. Max, Louis i ojciec zdawali sobie sprawę, że to może się tak skończyć. Chciałbym, żebyś wiedziała, że ani moja mama, ani ja nie mamy do ciebie najmniejszego żalu, czy wyrzutów. To nie była twoja wina. Franka też nie. Tak naprawdę, to nie była niczyja wina – po tych słowach zaśmiał się gorzko. – No, niczyja, oprócz zdrajcy. Mieli ogromną przewagę liczebną. Znali nasz plan. W ogóle nieprawdopodobne, że ktokolwiek z was wrócił.

Lily słuchała chłopaka z szeroko otwartymi oczami i rozdziawionymi ustami. Od powrotu z Chelmsford ani na chwilę nie przestało dręczyć ją sumienie i ani na chwilę nie mogła wypchnąć poczucia winy z pierwszego miejsca w swoich myślach. Dlatego właśnie tak bardzo chciała wierzyć, że to, co teraz mówił Andy, jest prawdą. Z każdym kolejnym słowem rudowłosa czuła, jak napięcie, które nie opuszczało jej od sobotniej nocy powoli znika. Jak spada jej kamień z serca. Nie mogła wyjść z podziwu dla postawy Andy’ego i pani Nicole. Rufus Scimgeour mówił, że Jack spędzi w Azkabanie dwa lata. Nie do wiary, że jego żona i syn nie mają do mnie żalu. Ja chyba bym tak nie potrafiła… Mimo tej nagłej ulgi, nie potrafiła znaleźć ani słowa odpowiedzi.

- Hej, nie płacz! – powiedział chłopak, widząc jej zeszklone oczy. Lily nie płakała. Uśmiechnęła się tylko i przytuliła go mocno.

- Dziękuję…

- Nie masz za co.

Lily westchnęła cicho w kołnierz jego płaszcza. Za tyle rzeczy chciała mu teraz podziękować. On na pewno nie zdawał sobie sprawy z tego, ile znaczyło dla niej jego wybaczenie. W końcu oderwała się od niego i weszli po trzech schodkach prowadzących do sklepu.

- Z resztą mam dla ciebie pewną propozycję – rzekł, otwierając przed nią drzwi. – Jeśli chcesz, to mogę cię trochę podszkolić w walce. Kilka indywidualnych lekcji i od razu będziesz się czuła pewniej na każdej misji. Uczyłem już kilka osób i wszyscy byli zadowoleni. Dwa lata temu przygotowywałem Charlesa. Nie był na szkoleniu aurorskim, a musiał zdać egzaminy, bo Zakon chciał wepchnąć go na stanowisko szefa Biura, po tym jak zwolnili Moody’ego i nas. To nie musi być długo, ani często. I ponoć jestem bardzo cierpliwym nauczycielem – zaśmiał się cicho. – Co ty na to?

- Nie chcę zawracać ci… – urwała jednak, gdy zauważyła jego minę. – To znaczy bardzo chętnie.

- No to jesteśmy umówieni. A teraz pokaż tą listę, bo jak zamarudzimy, to Emilia nie zdąży z obiadem przed zebraniem Zakonu.

***

Andy postawił w końcu sześć wypchanych do granic możliwości toreb z zakupami na stole w kuchni. Jak na dżentelmena przystało nie pozwolił Lily nieść ani jednej, nawet tej najlżejszej i przez całą drogę powrotną udawał, że wcale nie jest mu ciężko. Kiedy tylko wypuścił zakupy z rąk, do akcji wkroczyły Emilia Macdonald i Mandy Summers i po jednym zaklęciu wszystkie produkty zaczęły latać po całej kuchni w poszukiwaniu swojego miejsca w szafkach lub w spiżarni, a po drugim na palniki kuchenki wskoczyły garnki i patelnie, a noże zatańczyły na deskach do krojenia.

- Chodźmy stąd, Lily. Kiedy gotuje Mandy, to strach przebywać w kuchni. Kiedyś znalazłem w swojej zupie cztery palce! – zażartował McKinnon.

- To były kluski! – krzyknęła oburzona Mandy i zamachnęła się na chłopaka natką pietruszki. Andy chwycił Lily za rękę i wyciągnął ją z kuchni.

- Uciekajmy z pola rażenia. Lily?

- Tak?

- Idź teraz do mojego pokoju. Nie martw się, nie ma tam Franka – dodał, widząc jej zdezorientowaną minę. – Marlena pakuje tam prezent dla Mary i chyba nie idzie jej najlepiej. Na pewno ucieszyłaby się, gdybyś jej pomogła.

Lily poczuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu. Dlaczego akurat ja? Andy zdawał się czytać w jej myślach.

- Alicja pojechała do brata, Ann jest jeszcze w pracy, a Dorcas nie chciała pomóc. Jakby Marley o mnie pytała, to powiedz jej, że pomagam jej mamie i Judy się rozpakować.

Lily kiwnęła głową i powlokła się schodami piętro wyżej. Idąc korytarzem do niemal ostatnich drzwi zastanawiała się, czy nie uciec stamtąd i nie poczekać aż Ann skończy pracę, żeby to ona pomogła w pakowaniu. Zanim jednak zdążyła wcielić swój plan w życie, drzwi od „dwunastki” otworzyły się z hukiem i wypadła przez nie Marlena Johnson.

- Och, Lily! Jak dobrze, że akurat tędy przechodziłaś! – krzyknęła z wypiekami na twarzy, po czym chwyciła Evans za nadgarstek i wciągnęła do pokoju. – Potrzebuję twojej pomocy! Spójrz, zmarnowałam już dwie rolki tego papieru prezentowego! Jakby nie mogli kupić torebki! Przecież coś twardego i kwadratowego łatwo jest zapakować, ale płaszcz? Przecież im mówiłam…

Lily uśmiechnęła się blado do przyjaciółki i zaczęła odplątywać kolorową wstążkę z przedziurawionego już w dwóch miejscach pakunku. Kiedy skończyła, wyciągnęła różdżkę i machnęła nią delikatnie. Złoty papier odwinął się z trzeciej, jeszcze niewykorzystanej rolki i zaczął owijać się wokół zgrabnie złożonego płaszczyka. Nienagannie zapakowany prezent zwieńczyła czerwona wstążka.

- Może być? – spytała rudowłosa nieśmiało.

- No pewnie! Jest ekstra. Musisz mnie nauczyć tego zaklęcia, żebym już nigdy nie musiała spędzać całej nocy przed świętami na pakowaniu! – powiedziała Marlena, uśmiechając się pięknie i wdzięcznie, tak jak to robiła zawsze. – Ja bym nigdy nie zapakowała tak ładnie! Wiesz, zwykle robi to Mary, bo ona ma do tego najwięcej talentu. Ale wiesz, trochę byłoby głupio, gdybym akurat ją o to poprosiła!

- To dzisiaj, tak? Dzisiaj są jej urodziny?

- Tak – odpowiedziała zaaferowana. – Dorea już upiekła tort, a Andy miał pójść do sklepu po szampana. Wręczymy jej prezenty po spotkaniu Zakonu, bo wtedy już wróci Alicja.

- To cudownie. Mary na pewno się ucieszy. Marlenko?

- Co tam, skarbie?

- Ja… ja chciałam to zrobić już dawno… to znaczy od razu, jak tylko wróciłam z tej misji… i przepraszam, że tyle z tym zwlekałam… nie powinnam… ja…

- Lily! Cichutko. To… – Marlena pociągnęła nosem, a do jej fiołkowych oczu napłynęły łzy. – To się zdarza na wojnie. Twoim zadaniem było odwrócić uwagę od Jamesa i misja zakończyła się powodzeniem. A tata… – dziewczyna uśmiechnęła się smutno, jakby sobie coś przypominała. – Kiedy miałam na oko z pięć lat, tata spytał mnie, kim zostanę, kiedy dorosnę. Odpowiedziałam, że bohaterem. I wtedy on stwierdził, że nie może zostać w tyle za małą córeczką i w takim razie będzie musiał się przekwalifikować z cukiernika na bohatera. I chyba w końcu mu się udało, prawda..?

Po tych słowach obie przyjaciółki rozpłakały się w głos i rzuciły się sobie w ramiona. Stały tak długo, kołysząc się delikatnie i wycierając zasmarkane nosy w rękawy. Pomimo smutnych rozmyślań, serce Lily niemal wyrwało się jej z piersi z radości. Kolejna osoba jej wybaczyła. Nie straciła przyjaciółki. Paradoksalnie, już dawno nie była tak szczęśliwa.

- Widziałaś może Andy’ego jak szłaś na górę?

- Powiedział, że pomoże rozpakować się twojej mamie.

- Mama i Judy już tu są?! – krzyknęła Marlena, zrywając się na równe nogi. Na jej twarzy znów zagościł uśmiech. – Muszę się z nimi przywitać!

***

W pokoju Huncwotów już dawno nie było tak czysto, pomimo obecności w nim prawie wszystkich lokatorów. Nieobecność Jamesa niewątpliwie korzystnie wpływała na dłuższe utrzymywanie się takiego stanu, a stwierdzenie, że to w tym przypadku kwestia kluczowa, absolutnie nie było nadużyciem. Oczywiście trzeba przyznać, że inni Huncwoci również bałaganili, ale tylko bałagan Jamesa można było z czystym sumieniem nazwać spektakularnym. Bałagan ten miał jeszcze jedną, unikalną właściwość, która sprawiała, że bałagan Huncwotów był niezwykły. Otóż nie dało się go posprzątać z użyciem magii. Ponoć James i Syriusz, kiedy tylko pierwszy z nich skończył siedemnaście lat, rzucili na ten pokój specjalną serię zaklęć, która miała utrudniać Dorei i Charlesowi ewentualne spenetrowanie prywatnych rzeczy synów. Na meble i przedmioty będące stałym wyposażeniem królestwa Huncwotów nie działało Accio, Vindgardium Leviosa, Chłoszczyść, Aperancjum, Mobiliarpus, Locomotor, czy Tergeo. Lily nie wiedziała, czy ten porządek to sprawka Remusa, czy Mary, która na kilka ostatnich dni wręcz „wyprowadziła” się do ich sypialni, ale była pewna, że sprzątanie musiało komuś zająć bardzo dużo czasu.

Na stole rozgrywała się właśnie emocjonująca partia szachów. Peter wpatrywał się intensywnie w swoje ustawienie figur i dumał nad kolejnym ruchem od kilku minut. Lily nawet nie spodziewała się, że kiedykolwiek i jej spodoba się ta gra. Nigdy nie nauczyła się nawet schematu przesuwania poszczególnych pionków, a co dopiero mówić o jakiejś taktyce. Tak naprawdę rozgrywkę z Peterem rozpoczął Remus. Ale nie trwało to dwóch minut, kiedy Lunatyk stwierdził, że Glizdek już na samym początku zrobił tak głupią rzecz, że mógłby dać mu mata w czterech ruchach. Zawołał wtedy Lily, posadził ją sobie na kolanach i na szybko wytłumaczył kilka zasad. Teraz z pobłażliwym uśmiechem przyglądał się partii, co raz krzywiąc się, gdy dziewczyna popełniała błąd.

- Wieża na A5! – rzekł w końcu Peter triumfalnie.

- Goniec na A5 – odpowiedział Remus, zanim Lily zdążyła pomyśleć nad swoim ruchem. Biała figura podeszła dostojnie do wyznaczonego pola i zaczęła okładać czarną wieżę piką, aż w końcu rozwaliła ją na kawałki, a pozostały pył strzepnęła poza szachownicę.

- Musisz ciągle się wtrącać? Przez to nigdy się nie nauczę! – burknęła Lily.

- Masz rację. Przepraszam – rzekł Lupin, odsuwając się od planszy.

- Remi, mogę się ciebie o coś zapytać?

- Jasne.

- Rodzice Ann nie żyją, prawda?

Na piętrusie pod ścianą zaszeleścił pergamin i niespiesznie wyłoniło się znad niego świdrujące spojrzenie należących do Syriusza Blacka, błękitnych oczu.

- Prawda.

- Jak zginęli? – spytała Lily szeptem. Remus podrapał się po głowie, w końcu westchnął i odpowiedział.

- To był sam początek wojny. Ojciec Ann, Gregory, był znanym w całym kraju dziennikarzem. Przez kilka lat pisał do Proroka na temat Voldemorta, nawołując do oporu. Razem z żoną byli współzałożycielami Zakonu. Kiedy Ann była w piątej klasie…

- Remus, wystarczy – powiedział nagle Syriusz, zeskakując z górnego posłania. Jego ton był szorstki i nieprzyjemny. – Skoro Ann sama się tym z nią nie podzieliła, to pewnie chciała to zachować w tajemnicy.

- Ale akurat to, co powiedział Remus, wiedzą wszyscy. Czemu Lily miałaby nie wiedzieć? – spytał Peter.

- No właśnie – dodał Lunatyk zadowolony, że znalazł sojusznika.

- Skoro uważasz, że nie ma nic złego w wywlekaniu na światło dzienne cudzej bolesnej przeszłości, to może nie będzie ci przeszkadzało, jak razem z Peterem opowiemy Lily o twoim ojcu, co? Bo zakładam, że sam jeszcze tego nie zrobiłeś – warknął Black.

Twarz Remusa momentalnie stężała i zbladła. Zacisnął zęby, ale więcej się nie odezwał. Lily popatrzyła przyjacielowi w oczy. To, co w nich zobaczyła, ścisnęło ją za serce. Jak mogła nigdy wcześniej go o to nie zapytać. Chciała go teraz jakoś pocieszyć. Wyciągnęła ręce, żeby go przytulić, ale on się odsunął i odwrócił wzrok.

Zaraz obiad. Chodź, Evans – powiedział Syriusz już dużo łagodniejszym tonem, po czym zaśmiał się krótko –  bo jak się spóźnisz, to jeszcze Ann sprzątnie ci całe zielsko sprzed nosa i będziesz chodziła głodna do wieczora.

  2 comments for “13. LILY: Kamień z serca

  1. ~AT
    24 października 2017 o 11:46

    No to tak.
    Rozdział spodobał mi się wyjątkowo przez wzgląd na to, że przez jakiś czas byłam na waszym blogowym głodzie. :) Cieszy mnie to, że Andy nie czuje żalu do Lily. Musi mieć naprawdę wielkie serce i musi być również wyjątkowo inteligentny, jeśli postąpił w ten sposób. Nawet trochę nie dziwię się Marlenie, że tak się do niego zbliża. Jest kochamy! :) Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że Lily i Marlena w końcu sobie trochę porozmawialy. :) Mary ma dzisiaj urodziny…? No nieźle! Mam przygotować jakiś prezent?
    Co do Syriusza i Remusa…wiadomo że teraz sytuacja między nimi jest bardzo napięta i szkoda mi,trochę ze względu na to, że są…no cóż huncwotami. Jestem pewna, że Remus nie miał złych intencji, ale rozumiem po części Syriusza. Choć nie jestem w stanie pojąć dlaczego zaczepial taki temat… Remus musiał poczuć się okropnie… . Uwielbiam Lily. Jest taka kochana. Gdyby tylko jesZcze nauczyła się wspaniale walczyć, zeby nie być taką sierotka… liczę na ciebie Andy!!!!

    • ~Drama
      24 października 2017 o 14:23

      Rzeczywiście, dawno nie było notki i my również trochę nad tym ubolewamy. Jeśli chodzi o Syriusza, to on jest teraz bardzo podenerwowany. Mocno przeżywa ostatnie wydarzenia, nawet jeśli nie chce tego pokazywać. Niezbyt nad sobą panuje i jak chce dogryźć, to używa największego dostępnego arsenału. A Lily Ma jeszcze trochę czasu na naukę i zbieranie doświadczenia. W końcu ma dopiero 18 lat.

      Dzięki za komentarz i pozdrawiam serdecznie ❤ a na Dorcas zapraszam już 31 października!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.