13. JAMES: Plan A

Potter wracał do Doliny Godryka z małym, futrzanym zwierzątkiem w klatce w swojej lewej kieszeni. Nie udało mu się zapamiętać jego rasy, a jako że z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami nigdy nie był orłem, nie wiedział nawet, jakie konkretnie właściwości i cechy mają te różowe, puchate kulki z pyszczkami. Nie przejmował się tym zbytnio, bo miał pewność, że Mary również się nad tym specjalnie nie zastanowi. Dziewczyna od zawsze chciała mieć zwierzątko.

Oczywiście to nie był pierwszy raz, kiedy miała dostać taki prezent. Na czwarte urodziny dostała od rodziców dwie złote rybki w małym, okrągłym akwarium. Radość zarówno jej, jak i Jamesa była niesamowita, ale nie trwała długo. W wyrazie troski postanowili zabrać rybki na spacer, kiedy Emilia była na kawie u Dorei. Dobrze wiedzieli, że rybki muszą mieszkać w wodzie, więc zabrali ze sobą całe akwarium. Niestety w wyniku kłótni, kto powinien nieść szklane naczynie, doszło do niewinnej szarpaniny, która zakończyła się dla rybiego domu fatalnie. Nim udało im się dobiec do domu spod Twardej Skały i wsadzić rybki do umywalki wypełnionej wodą, zdążyli zgarnąć porządny ochrzan od matek i, ku ogólnej rozpaczy, udusić rybki. Kara na wychodzenie z domu trwała tydzień. James skrzywił się na samo wspomnienie, gdyż Dorea, wykorzystując okazję, zmuszała go wtedy do codziennej nauki czytania.

Trzy lata później dostała kota, ale po tygodniu Charles musiał go odwieźć do sklepu zoologicznego, ponieważ okazało się, że Dorea jest uczulona na sierść. Do Hogwartu zaś zażyczyła sobie sowę, ale Sam odmówił jej kupienia jakiegokolwiek zwierzątka, tłumacząc się, że przecież James dostał sowę, więc jedna im zdecydowanie wystarczy zwłaszcza, że i tak będzie leciała pod ten sam adres.

Poza tym od zawsze wspominała o piesku. Przestała jednak, kiedy Syriusz w najbardziej na świecie irytujący Jamesa sposób stwierdził, że będzie zazdrosny i jeden słodki pies jej zdecydowanie wystarczy, a jeśli chciałaby go pogłaskać za uszkiem, to on jest zawsze chętny. Teraz jednak śliczna, różowa kulka delikatnie piszczała u Pottera w kieszeni, a chłopak żywił wielkie nadzieję, że Macdonald nie przyczepi sobie jej jako breloczka do torebki.

W środku domu było dziwnie cicho. James wszedł bez słowa po schodach na trzecie piętro, nie mijając po drodze nikogo. Wszedł do pokoju Huncwotów i zastał tam tylko Syriusza. Leżał on na łóżku i trzymał przed oczami jakieś pożółkłe kawałki pergaminu. Był trochę przekręcony w bok, gdyż na jego szafce nocnej stała zapalona świeca. Było jeszcze stosunkowo jasno, ale łóżko Blacka nie było usytuowane przy oknie, a sam on nie pofatygował się do stołu, czyli bliżej światła, aby czytać. Potter ściągnął kurtkę.

- Czołem – rzekł, ale w odpowiedzi dostał jedynie szybkie uniesienie brwi. James zerknął przyjacielowi przez ramię i nie zdziwił się za bardzo, gdy ujrzał pióro w jego prawej ręce, a na papierze zbiór chaotycznych kropek i kresek. Po chwili uzmysłowił sobie, że to są nuty. Wcześniej wiele razy widział, jak Syriusz coś tworzy w właśnie taki sposób, ale najwidoczniej skończył mu się zeszyt z pięciolinią i wszystkie nuty narysowane były na czystym pergaminie. James pokręcił głową, nie rozumiejąc z zapisu kompletnie nic. Dźwignął się na nogi i doskoczył do niebieskiej miski na stole, w której zawsze Peter przynosił przekąski do pokoju, ale czekał go spory zawód. W naczyniu były owoce. Przewracając oczami Potter wrócił na swoje łóżko i stwierdził, że okropnie mu się nudzi. Na szczęście do pokoju wszedł Lunatyk.

- Chłopaki, za dwadzieścia minut jest spotkanie – oznajmił, lekko zestresowany.

- Na temat? – zapytał James.

- Jacka i Louisa. Nowe fakty, tyle mi powiedział Charles.

- Luniak, czy stało się coś złego?

- Tego nie wiem.

Remus chwycił tylko jakieś papiery leżące w szufladzie jego szafki i szybko opuścił pokój. Rogacz stwierdził, że wyjdzie wcześniej, żeby porozmawiać z ludźmi, którzy przybyli na spotkanie. Czekanie na Syriusza było bezcelowe, bo chłopak i tak podniósłby się z miejsca równo za dziewiętnaście minut.

Już na schodach spotkał pierwszych członków Zakonu, którzy tak zaskoczyli ich swoją obecnością, że złapał się za głowę. Co, na Merlina, mogą robić tu Patrick Page i małżeństwo Branstone’ów? Przecież Patricka nie było tu od roku, bo dostał misję w zachodniej Azji! A Nelly i Kenny wyprowadzili się do Amsterdamu już parę lat temu i jakoś nie zdarzyło się nam do siebie napisać. Jak dobrze ich w końcu zobaczyć!

- Patrick?! Nelly, Kenneth?! – krzyknął, podbiegając do kobiety i przytulając ją mocno. – Co wy tu robicie?

- Cześć, Jimmy – zaśmiała się Nelly. – Jak dobrze cię widzieć. Znów mi się wydaje, że urosłeś!

- Kochana, nie rosnę już od dobrych ośmiu lat! Co tam u was? Jak żyjecie?

- Po staremu – mruknął zawsze ponury Kenneth. – Oprócz tego, że Lenny w zeszłym roku spłodził bękarta, którym nie ma kiedy się zajmować, więc je nam podrzucił…

- Branstone, ja cię przywołuję do porządku! – ostrym tonem przerwała mu Nelly. – To twój brat!

- Młodszy! – zaśmiał się Kenneth. James mu zawtórował, przypominając sobie jak dobrą dekadę temu razem z Syriuszem, podpatrując braci Branstone zaczęli mówić do siebie mówić „brachu”, gdyż brzmiało to dla nich niezwykle oryginalnie. Lenny zawsze był tym bardziej szalonym i spontanicznym z tandemu, za to Kenneth służył Dorei jako wzorzec odpowiedzialności, gdy szukała alternatywy do często używanego przez siebie zdania: „powinniście zachowywać się jak wasz ojciec”.

- Takim sposobem, Jimmy, mamy dziecko! – dopowiedziała Nelly. – Ma na imię Elizabeth. Została z moją mamą, ale w sumie szkoda, że jej nie wzięliśmy. Jest cudowna! Zakochałbyś się w niej!

- Ona we mnie z pewnością też! – odpowiedział Potter. – Koniecznie jej o mnie wspomnij, bo wciąż czekam na tę jedyną. A jak się bawią młodzi kawalerowie w Azji? Masz tam na co polować? – zapytał Patricka, nadal nie mogąc uwierzyć, że go widzi. Page był od niego zaledwie cztery lata starszy, ale już w na szóstym roku w szkole wygrał Mistrzostwa Zjednoczonego Królestwa w Polowaniu Na Żmijoptaki. Później zajmował się zawodowo polowaniami na magiczne stworzenia, co przynosiło jemu jak i całej Kwaterze ogromne zyski, ale szybko stracił licencję, gdyż główny nabywca i sponsor polowań, Orion Black, musiał w jakiś sposób dowieść jego powiązania z Zakonem.

- Wiesz, zawsze coś pod różdżkę wpadnie… – zarechotał. – A reszta jest ściśle tajna – dodał tajemniczo. James wiedział, że Page dostał jedną z najważniejszych dla Zakonu misji, więc wolał nie dociekać. Patrick i tak nic więcej by mu nie powiedział.

- Słyszałem, że na każdy posiłek dnia je się tam ugotowany ryż! Jak ty dajesz radę?

- Oj, średnio, stary… z tym, że ja mieszkam w Związku Radzieckim. Tam prędzej do każdego posiłku piłoby się czystą wódkę!

W dobrych nastrojach dotarli do Sali Spraw Poważnych. A tam trafili na zupełny zawrót głowy. James miał wrażenie, że przybyli dosłownie wszyscy żyjący członkowie Zakonu Feniksa. Było gwarno, a ludzie rozmawiali w większych lub mniejszych grupach. Ich piątka, która dopiero weszła, od razu została przywitana głośno i radośnie. Szybko dołączyli do rozmów.

Nick i Michael! Ciekawe, dlaczego już nie ma z nimi Jessie… Tu Chris rozmawia z panią Pince… nie sądziłem, że ona jeszcze żyje. Oby tylko mnie nie zauważyła. Andromeda. Przyjechał nawet wuj Alfard! Świetnie, że wszyscy znów są tu razem. Jest co wspominać!

Nim jednak James się spostrzegł, kwadrans przyjemnej rozmowy się skończył. Wszyscy zasiedli na miejscach. Potter cofnął się w poszukiwaniu swojego krzesła. Obok już siedzieli Syriusz i Peter. Remus stał naprzeciwko wszystkich. Chwilę później dołączył do niego Moody, który przysiadł na stole.

- Spotkałem w swoim życiu wielu przegranych ludzi – zaczął ochrypłym głosem, a na sali zagościła zupełna cisza. – Nieudaczników, darmozjadów, alkoholików, zdesperowane lawirantki… ale mieć was wszystkich razem tu dziś, to jest naprawdę niezwykłe.

James parsknął głośno, a zdecydowana większość zebranych wybuchła śmiechem.

- My też się cieszymy, że cię widzimy, Alastorze! – krzyknęła Nelly, machając do Szalonookiego.

Nagle jednak drzwi się otworzyły i wkroczył Charles. Rogacz spojrzał kątem oka na zegarek. Była punkt czwarta po południu. Ojciec chwycił za krzesło, ustawił je naprzeciw pierwszego rzędu i usiadł, zakładając nogę na nogę. Poprawił okulary i spojrzał w tłum. Jest mu przykro. Coś tu nie gra.

- Cóż za spotkanie – rozpoczął gospodarz. – Choć to niekulturalne, zacznę od prośby. Bardzo mi zależy, żeby mi dziś nie przerywano.

Trójka Huncwotów spojrzała po sobie. Na twarzach Petera i Syriusza malowało się takie samo niezrozumienie.

- Jak już wszyscy wiecie, albo i jeszcze nie, w sobotę miała miejsce tysiąc czterysta sześćdziesiąta misja Zakonu Feniksa. Mieliśmy pojmać Śmierciożercę, Edwarda Notta. Udało nam się to. Nott aktualnie znajduje się na terenie tego domu. Chcę, żebyście wiedzieli, że zostaliśmy nazwani przez prasę i media chuliganami, rozbójnikami, bydłem, chorymi psychicznie, marginesem społecznym, niepożądanymi, porywaczami i mordercami. Ludzie wypowiadali się, że się nas boją. Że przez nas i naszą organizację w Anglii nie jest bezpiecznie. Że wojna, która trwa, jest napędzana przez Zakon Feniksa. Porównują nas do mugolskich sekt religijnych. Wystawili nagrody za nasze głowy lub wydanie naszych adresów zamieszkania. Każdy, komu zostaną udowodnione jakiekolwiek powiązania z Zakonem, podlegać ma surowej karze. Obywatelskim obowiązkiem jest poinformowanie Ministerstwa o tym, że widziało się na ulicy jednego z Niepożądanych. A ta lista w niedzielę rano już się wydłużyła.

Nikt się nawet nie poruszył. James patrzył się tępo w ojca, wiedząc, jak ciężko jest mówić mu takie rzeczy. On, który dla tej organizacji, dla tej dobrej organizacji, ostatniej nadziei angielskich czarodziejów na pokój, poświęcił wszystko. Pracę, pieniądze, dom, dobre imię. Ludzie nie mają już mózgów i krzty wdzięczności za to, że staramy się ich uratować.

- Pragnę też – kontynuował Charles – żebyśmy pamiętali o jednej rzeczy. Ktoś nas zdradził. Nie chcę już więcej nikogo z was podejrzewać. Za każde chybione oskarżenie jeszcze raz naprawdę serdecznie was przepraszam. Ale teraz musimy zachować ostrożność i czujność, bo zdrajca Zakonu może siedzieć z nami w tym pomieszczeniu.

Moody na wspomnienie o zdrajcy poruszył się nagle, odbijając swą laskę mocno o drewnianą podłogę. Huk sprawił, że wszyscy spojrzeli się na niego. James już dawno nie widział takiej jego twarzy, ale sam z chęcią by do niego dołączył i osobiście przeczesał wzrokiem ten tłum, szukając w czyichś źrenicach lęku. Wkrótce jednak znów odezwał się Charles.

- Max Johnson zginął na tej misji, a Jack McKinnon i Louis Longbottom zostali schwytani przez Śmierciożerców, przetransportowani przez Biuro Aurorów do Azkabanu i na jego pierwszym piętrze oczekują na proces. Chcę was poinformować o pewnych komplikacjach związanych z tą sprawą. Lucjusz Malfoy przyszedł wczoraj wraz z żoną do naszego Biura, aby zmienić zeznania. Tyle że zeznania dotyczyły innego incydentu. Otóż Narcyza zeznała, że rozpoznała w Jacku i Louisie napastników z dnia swojego ślubu.

James poczuł się, jakby ktoś wylał mu kubeł lodowatej wody na głowę. Przecież to byłem ja. Ja i Andy. To my ją nastraszyliśmy. A ona o tym wiedziała, bo dzień później wysłali za mną Yaxleya.

- Lista przewin Jacka i Louisa uległa wydłużeniu, a my nie mogliśmy nic z tym zrobić. Nasi przyjaciele zostali oskarżeni o całą działalność i wszystkie zbrodnie Zakonu, w które wlicza się napaść na Narcyzę Malfoy na jej ślubie, usiłowanie zabójstwa, ciężkie pobicie, upokorzenie rodu, napaść rabunkowa, kolejne usiłowanie zabójstwa Narcyzy, współudział w porwaniu Edwarda Notta i współudział w seryjnym morderstwie.

- Ciężkie pobicie? Tato, przecież to nieprawda!  – krzyknął James, czując, jak wzbiera się w nim gorycz. – Przecież to ja byłem na ślubie Narcyzy, wszyscy o tym wiedzą! Nasze zdjęcia były w gazetach! To niemożliwe, że ona może nagle zmienić zeznania!

- Badanie w Szpitalu Świętego Munga wykazało takie… obrażenia. To jest w jej oficjalnej karcie chorób. A Lucjusz przyniósł nam oficjalny akt oskarżenia, który wcześniej przypieczętował Minister. Nie mieliśmy nic do powiedzenia.

- Charles, my jej nawet nie tknęliśmy – odezwał się Andy.

- Wiem. Jednak chciałbym, żebyście zdawali sobie sprawę…

- Charles – przerwał mu cichy głos Dorei. – O jakim morderstwie ty mówisz?

Cisza, jaka zapadła, stała się maksymalnie niekomfortowa, nawet dla samego Jamesa. Atmosfera wyraźnie zgęstniała, a ta bezdźwięczna chwila wydawała się trwać w nieskończoność. Charles podniósł wzrok i spojrzał w kierunku syna. Rogacz poczuł, jakby jego wnętrzności wypełniły się ołowiem.

- W Chelmsford zginęło siedem osób. Świadkowie zdarzenia jednogłośnie zeznali, że wszystkich, za wyjątkiem Maxa, zabił Syriusz.

Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się do Blacka. Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Powiedziałeś tylko, że odrzuciłeś kilku ludzi zaklęciem, żeby zabrać stamtąd Evans. Z czyichś ust wyrwał się zduszony okrzyk, ale Potter nie odrywał wzroku od przyjaciela. Ten jednak zrobił się blady jak kartka papieru, a jego szeroko otwarte oczy wpatrywały się w Charlesa, który już znów zaczął mówić. Wygląda na przerażonego. On nie wiedział, że ich zabił. On naprawdę myślał, że tylko ich odrzucił zaklęciem. James powrócił myślami do zebrania, wsłuchując się w słowa ojca.

- To my, Albus, Alastor, Remus i ja, wysłaliśmy was na te misje. To my je ustalaliśmy i obmyślaliśmy. Mówiliśmy, że są potrzebne. Musicie pamiętać, że trener pracuje ze swoimi zawodnikami przed zawodami. Szkoli, naucza, wymaga. Sam obmyśla taktykę, wybiera ostateczny skład drużyny, będąc świadomym możliwości i umiejętności swoich graczy. Zna ich. Wie, co mają w głowach i co mogą zrobić. Wypuszcza ich na boisko i bierze pełną odpowiedzialność za to, co oni zrobią w trakcie meczu. W trakcie szybkiego, spontanicznego meczu. Każdy ruch pojedynczego zawodnika na boisku jest jego ruchem. Każda decyzja jest jego decyzją. Każda porażka jest tylko i wyłącznie jego prywatną porażką. Chcę, żebyście wiedzieli, że to ja jestem odpowiedzialny za wszystko to, co zrobiliście wy, a co prawnie podlega karze.

Nie chcesz, żebyśmy mieli wyrzuty sumienia, że chłopaki będą sądzeni za coś, co zrobiliśmy my. Co zrobiłem ja. Nie chcę wiedzieć, jak musi się teraz czuć Andy.

- Są jeszcze dwie sprawy, o których chcę was poinformować. Proces odbędzie się jutro.

- CO?!

- NIE!

- Jak to możliwe?!

- Frank, Andy, Nicole, Martho… nie możecie się na nim pojawić. Taki jest rozkaz dowództwa.

James przymknął na chwilę oczy. Te słowa uderzyły w zebranych z taką siłą, że nikt nie był w stanie wypowiedzieć nawet słowa. Rogacz starał się nie patrzeć w stronę wcześniej wymienionych.

- Ja znajdę świadków na to, że mojego męża nie było w Londynie podczas ślubu Malfoyów, Charles – rzekła Nicole. – I na wszystko inne, jeśli będzie trzeba.

- Moje drogie. Ja sam chciałem ich szukać. Sami robimy wszystko, żeby temu zapobiec. Jednak Rufus i Kingsley rozmawiali z waszymi mężami i… choć bardzo tego nie chcieliśmy… oni chcą przejąć tą moją odpowiedzialność. Chcą wziąć ją na swoje barki. Powiedzieli, że się przyznają, żeby oczyścić nas ze wszelkich najbardziej obciążających zarzutów.

- Nie zgadzam się na to! – krzyknął James, wstając z miejsca. – To jest mój proces!

- James, siadaj.

- Nie. Nie pozwolę im zginąć za jakąś głupią akcję na weselu!

- Zginąć? – pisnęła rozhisteryzowana Martha Longbottom. – Dlaczego zginąć?

James westchnął krótko, żałując, że wypowiedział swoje ostatnie słowa. Nie chciał odpowiadać Marcie.

- Bo dostaną za to pocałunek Dementora – rzekł Andy. Na sali zapadła grobowa cisza. Potter chciałby temu zaprzeczyć, powiedzieć, że może spotka ich łagodniejszy wymiar kary, ale wiedział, że Orion Black zatroszczy się o tę najsurowszą. Przecież na oficjalnych listach gończych po incydencie na ślubie Malfoyów pod moim nazwiskiem zawisł napis „żywy lub martwy”. Teraz, kiedy Lucjuszowi udało się zatwierdzić te wszystkie zarzuty, pocałunek jest bardziej niż pewny. Chłopaki nie mogą się przyznać. Nie do czegoś, co zrobiłem ja!

- Niestety to podejrzewamy – rzekł cicho Charles.

- Czy wy zamierzacie się z tym pogodzić?! – krzyknął James, patrząc w stronę Dowództwa. – Przecież to są nasi ludzie! Porwaliśmy Notta i co? Dowiedzieliśmy się czegoś ważnego?

- James, wiesz, że nie możemy się tym z wami… – mruknął Remus, chcąc uspokoić przyjaciela.

- Nawet jeśli! Ile osób ma zginąć za śpiewkę Notta? Czy to jest tego warte, tato?

- James, ja nie jestem dopuszczony do tych informacji.

- To nie ma znaczenia! – wrzasnął James, czując, jak wzbiera się w nim irytacja i bezradność. Nie miał pojęcia, dlaczego jeszcze nikt go nie popiera i dlaczego cały Zakon milczy, godząc się na okrutną śmierć Jacka i Louisa. – Moody, przecież ty wiesz, że jesteśmy w stanie ich odbić z transportu.

Wszystkie oczy tym razem zwróciły się w kierunku Jamesa. Ten zaś spojrzał na Andy’ego i Franka. Ci wyglądali na przerażonych, ale wiedzieli. Musieli wiedzieć. Ze sto razy przewoziliśmy więźniów z Azkabanu do Ministerstwa na proces. Szliśmy maksymalnie po dwóch do jednego. Odbijemy ich w pięć osób. Przecież wiecie, że to się musi udać.

- Tak się składa, Potter – warknął Moody, bynajmniej podzielając jego entuzjazm. – Że Lucjusz Malfoy zarządził transport nadzorowany i to już wczoraj.

- Nie wiedzieliśmy o tym – wtrącił się Charles. – Oni już tam są, już czekają, a ja ustaliłem przy nich warty.

- Czekają na dole? Pod salą procesową?

- Tak.

James opadł na krzesło, starając się nie skupiać na tym, jak bardzo Lucjusz Malfoy wyrolował Zakon na życie trzech ludzi. Charles zaczął tłumaczyć Longbottomom i McKinnonom, dlaczego nie mogą pojawić się na procesie nawet pod Eliksirem Wielosokowym, a w głowie Jamesa zaczęły tworzyć się scenariusze.

Ja, bliźniaki, Andy, Frank, Marley, Moody, tata, Rufus i Kingsley. Przecież jest nas dziesięciu Aurorów. Pod każdą salą procesową oskarżonych pilnują Aurorzy, po czterech, każdy stoi w jednym rogu podestu, na którym jest klatka. Wraz z rozpoczęciem procesu podest wjeżdża do góry. Klatka nie jest nijak chroniona magicznie. Ma po prostu wielką kłódkę, którą trzeba otworzyć kluczem. A więźniowie mają kajdany, do których też wystarczy tylko klucz. Przecież klucz będą mieli strażnicy. A pomieszczenie z podestem, Poczekalnia, jest przecież małe i służy tylko do jednej rzeczy! Fakt, nie wejdzie się tam, ani nie wyjdzie inną drogą, niż przez salę procesową. A z najdalszej Sali, z tej czarnej, najgłębszej, są tylko cztery piętra w górę do pokonania… Jeśli podstawilibyśmy się naszą szóstką, moglibyśmy udawać, że zmieniamy wartę!

- My to zrobimy  – powiedział głośno, nie zważając na to, komu przerywa.

- James ma rację – poparła go natychmiast Marlena. Potter odwrócił się w jej stronę mając pewność, że myślała o dokładnie tym samym.

- Co wy pieprzycie?! – zirytował się Moody. – Nie wyślę moich najlepszych ludzi w sam środek Ministerstwa!!! – jego słowa zapieczętował huk laski uderzającej o drewno. James uśmiechnął się pod nosem, kiedy z tłumu padł pierwszy głos.

- Alastorze, czyli ty uważasz, że moglibyście ich odbić – stwierdziła Minerwa McGonagall.

- Nie powiedziałem tego – odparował.

- Powiedziałeś!

- Alastorze, jeśli tylko by się dało…

- To są nasi przyjaciele!!!

- To jest możliwe i ty o tym wiesz – rzekł Andy, patrząc mu w twarz. Wariackie oko czarodzieja wykonało pełny obrót, nim się odezwał.

- Za duże ryzyko.

- Ja nie boję się zaryzykować! – zapewnił James.

- Ani ja! – dołączyła Marley. – Znamy Ministerstwo, znamy ludzi, którzy tam pracują!

- Wystarczyłoby podstawić odpowiednich. Przecież Charles dowodziłby ewentualnym pościgiem. Mamy Rufusa i Kingsleya – dołączył Frank.

- W sumie to moglibyśmy załatwić to w przerwie na drugie śniadanie – zaśmiał się Prewett, ale chyba tylko jemu i jego bratu było wtedy do śmiechu.

James patrzył na Moody’ego, podobnie jak reszta Zakonu. Nawet Charles wyglądał na zdziwionego tematem. Szalonooki powiedział im wszystkim, że to awykonalne, choć to nie jest prawda. Po prostu jeśli nam nie wyjdzie, to ktoś z nas mógłby zostać złapany, a Moody nie chce narażać swojej grupy dla Louisa i Jacka. Tylko że to nie ma prawa nie wyjść! Wystarczy dobry plan. Żaden z dowódców się nie odzywał przez dłuższą chwilę. Charles i Lupin wyglądali na zdezorientowanych, a wśród zebranych zaczęły się rozmowy i krzyki.

- Alastorze, no powiedz coś!

- Dlaczego nie mamy ich uratować?!

- Charles, przecież to jest mój mąż… ja zrobię wszystko…

- Głosujmy! Przecież Aurorzy wiedzą, co mówią!

- Ja tam bym chciał, żebyście mnie próbowali ratować!

Kolejny huk przerwał nawoływania. Cała uwaga znów skupiona była na Szalonookim.

- Nie zapominajmy, że mamy kreta – rzekł, a James poczuł się, jakby dostał butem w twarz. Nic nie wyjdzie, jeśli się ma zdrajcę pod dachem. – Moi i Charles za mną. Lupin, masz dopilnować, żeby nikt nie wyszedł z tej sali, dopóki nie wrócimy. Ktokolwiek tu do was dołączy, nie wyjdzie bez mojej wiedzy i zgody.

- Tak jest.

Wybrani zerwali się z miejsc, a Jamesa w jedną chwilę wstąpiła nadzieja. Zgodził się. Pójdziemy ich uratować. Kiedy przechodzili z Sali Spraw Poważnych dwa piętra niżej, do Sali Spotkań w Okrojonym Gronie, Frank chwycił mocno, ale krótko Jamesa za przedramię.

- Dzięki, stary – szepnął. – Nie mógłbym tego zaproponować.

Drzwi nowego pomieszczenia zatrzasnęły się z hukiem, a wszyscy usiedli przy małym, okrągłym stole. Alastor spojrzał na wszystkich i oparł się na lasce.

- Mógłbym drzeć się teraz na was przez kolejną godzinę za ten idiotyczny pomysł. Uwierzcie mi. Tylko że proces zaczyna się jutro w południe, czyli każda sekunda mojego pieprzenia zwiększa prawdopodobieństwo waszej jutrzejszej śmierci. Plan A.

****************************************

Ostatnio nieco drastycznie spadły nam ilości wyświetleń nowych notek, w stosunku do rozdziałów nr 10. Oczywiście nie zamierzamy marudzić i w ogóle nie zastanawiamy się nad porzuceniem bloga. Piszemy dla siebie, ale nieraz jest naprawdę ciężko z wolnym czasem. Staramy się go znaleźć własnie dla Was, żebyście nie musieli tak długo czekać. Więc jeśli czytacie nasze wypociny, prosimy, zostawcie po sobie jakiś ślad, nawet jeśli zwykle tego nie robicie i to będzie tylko ten jeden raz. Sama świadomość, że ktoś tu zagląda i czyta, jest bardzo motywująca.

Przy okazji chciałybyśmy gorąco podziękować AT za to, że od dłuuuuugiego już czasu czyta naszą historię i dzieli się z nami swoimi przemyśleniami na jej temat pod każdą notką. To naprawdę daje nam dużo sił i zapału! <3

Pozdrawiamy :***

Drama&Furia

  8 comments for “13. JAMES: Plan A

  1. ~Lusia
    12 listopada 2017 o 20:37

    Kolejny rewelacyjny rozdział! Jak zwykle jestem pod ogromnym wrażeniem i czekam z niecierpliwością na kolejny. Zawsze gdy czytam Wasze wpisy to myślę że nie potraficie napisać czegoś złego i niezdatnego do czytania. Zdecydowanie prowadzicie jednego z najlepszych fanfików o tej tematyce więc będę czekać na kolejny wpis z niecierpliwością i podekscytowaniem choćby nawet 5 lat!
    Pozdrawiam Was cieplutko

    • ~Furia
      13 listopada 2017 o 22:04

      Bardzo Ci dziękuję❤ Same już nie możemy się doczekać kolejnych rozdziałów i obiecuję, że będzie się działo! Już kolejny, jaki będzie wrzucony zakrawa o same procesy. Jednak jest to akcja ustalana przez nas łącznie przez, nie skłamię, jeśli powiem, że około 24 godzin… :D A jej pierwszy, prowizoryczny scenariusz powstał już rok temu, więc wszystko chcemy dopiąć na ostatni guzik i opublikować dopiero wtedy, gdy będziemy w 100% zadowolone z efektu. Pozdrawiam Cię serdecznie❤ Ucieszymy się z każdej opinii czy konstruktywnej krytyki dotyczącej naszych rozdziałów :*

  2. ~Alex
    13 listopada 2017 o 16:32

    O jejku…Nie komentowałam zbyt często a czytam regularnie i cały czas czekam na kolejne rozdziały. Sumienie mnie ruszyło i postanowiłam się poprawić. Więc pewnie w najbliższym czasie będę wam słodzić, bo wasz blog jest cudowny a bohaterowie świetnie wykreowani :) Zacznijmy od prologu. Bardzo spodobał mi się fakt, że jest on w formie artykułu w gazecie to świetny pomysł.
    Członkowie rodzin arystokrackich i to chyba wszystkich bez wyjątku, mieli swoje za uszami i często były to rzeczy gorsze niż planowanie małżeństw ale wydaję mi się, że grzechy jakie na swoim sumieniu mają Blackowie chyba wychodzą po za skalę. Trochę zaskakujący jest fakt, że ktoś w ogóle odważył się napisać o tym w gazecie – raczej nikt nie pozwala zbyt łatwo publicznie ujawniać faktu o tym, że np. zajmuje się dystrybucją krwi jednorożców…
    To teraz rozdział. Czyżby nowym zwierzątkiem Mary był pufek? Szczerze mówiąc nie dziwię się Jamesowi, że był zaskoczony obecnością tylu członków Zakonu na zebraniu – to raczej nie codzienna sytuacja. Jak widać pani Pince żyje i jeśli dobrze kojarzę to jeszcze trochę na tym świecie zamarudzi :) Zrobienie z członków Zakonu porywaczy i morderców to tak właściwie najlepsza strategia jaką mogli przyjąć Voldemort z kolegami. Ludzie łączą się w strachu i w nienawiści, jeśli wszystkie negatywne uczucia społeczeństwo skieruje w stronę Zakonu to oni zyskają popleczników. Jeśli Jamesowi na czymś zależy to będzie o to walczył i można się było domyślić, że nie pozwoli żeby Louis i Jack ponieśli karę za coś czego nie zrobili. Teraz pozostaje tylko czekać jak sprawa się rozwinie. Rozdział oczywiście świetny i czekam na następny.
    Pozdrawiam,
    Alex

    • ~Furia
      13 listopada 2017 o 22:35

      Bardzo dziękujemy za komentarz ❤
      Prolog był dla nas bardzo ważny, kluczowy dla historii. Chciałyśmy pokazać, że te 20 lat temu Orion Black nie miał jeszcze władzy na tyle, by móc zablokować dany artykuł w prasie. Radzimy też zwrócić uwagę na nazwisko redaktora ;)
      Voldemort i Śmierciożercy przejęli Ministerstwo Magii oraz media i sprawnie manipulują społeczeństwem. Ale czy nie ma powodów do obaw, gdy porządny obywatel nagle zostaje porwany z własnego domu…? ;)
      Pozdrawiamy serdecznie! Kiedy można się spodziewać notki u Ciebie?❤

      • ~Alex
        14 listopada 2017 o 15:48

        Notki u mnie raczej nie można się spodziewać, bo ja w życiu nie pisałam bloga. Nie nastąpiła może mała pomyłka? Mi samej zdarzyło się spotkać kilka blogów prowadzonych przez „Alex”, ale zapewniam, że żaden nie był mój.

        • ~Drama
          14 listopada 2017 o 16:43

          Hahaha :D w takim razie bardzo przepraszamy za pomyłkę!

  3. ~AT
    13 listopada 2017 o 23:08

    Ja widzę, że ostro się spóźniłam! Oj trzeba było sprawdzic bloga wczoraj, miałabym co czytać :) Co do notki:)):
    Myślę, że Mary spodoba się taki prezent. Sama mogłabym mieć takiego zwierzaka, choć znając moje usposobienie zaglaskalabym go na śmierć tak bym uważala, że jest słodki. Mam nadzieję, że uda mu się przetrwać nieco dłużej no wszystkim innym zwierzaczkom. Jestem ciekawa ile taki puszek żyje…
    Bardzo podoba mi się to, że u was Syriusz kompobuje. Zawsze widziałam go jako po części jako tako artystyczną duszę. I pomyśleć że niektórzy w swoich opowiadaniach robią z niego glupola…
    Bardzo, bardzo, bardzo podoba mi się wprowadzenie tych paru nowych postaci. Wszyscy sprawiają wrażenie bardzo, ale to bardzo sympatycznych. Teraz jak jest ich trochę więcej i jsk tak wszyscy rozmawiają, jakoś tak uderzyło we mnie to, że dla Jamesa Zakon Feniksa tak naprawdę to taka jesna wielka rodzina do Kto tej należy. :)
    Okropnie przykre jest to, że tyle ludzi mówi o Zakonie takie rzeczy…Wiem, że sie boją, ale trudno mi jest wyobrazić co wtedy czuje taki Charles. :) Tak w ogóle szkoda mi Syriusza. Zapewne potem będzie go trochę gryźć sumienie.
    Bardzo, ale to bardzo cieszę się, że James wpadł na ten pomysł. Wielu na to liczyło. Przecież oni tak bardzo chcą ich odzyskać. Mam nadzieję, że plan A (zauważyłam że plany A czasem nie idą za dobrze, częściej sprawdzają się plany B) wyjątkowo zakończy się sukcesem. Bo i tak wystarczająco im trudno po śmierci ojca Marleny…
    Ps. Ależ mi miło się zrobiło jak o mnie wspomnailyscie. Od razu serducho trochę badziej urosło. :) I będę komentowac, przy dobrym blogu sama przyjemność

    • ~Furia
      17 listopada 2017 o 18:32

      James jest duszą towarzystwa i tak naprawdę wszyscy go lubią. Ponadto jest w swoim domu. Rzeczywiście dla niego każdy członek Zakonu jest jak rodzina. Nowe postaci będą się przewijać jeszcze przez kilka rozdziałów, także niektórych poznamy nieco lepiej. A jeśli chodzi o opinię o Zakonie Feniksa w społeczeństwie… Tak jak wspomniał Andy McKinnon w 12 rozdziale Jamesa, media są drugą władzą. Wszyscy im wierzą. A ci którzy nie, zapewne boją się powiedzieć tego na głos. Ciekawym kontrastem jest tu prolog, w którym na jaw wychodzą przestępstwa Oriona Blacka i Lorda Voldemorta i to właśnie ich jeszcze 27 lat temu potępiano publicznie. Szczegóły planu A i jego wykonanie w Aurorskim gronie już w rozdziale 14 Jamesa!

      Dziękuję za komentarz i serdecznie pozdrawiam <3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.