13. DORCAS: Wybrałam swoją stronę w wojnie

Dzień pogrzebu Maxa Johnsona był huczny i głośny. W Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa znajdował się aktualnie wielki tłum. Wystawiono uroczysty obiad, każdy był ubrany elegancko, a późnym popołudniem na stole zaczęły pojawiać się pierwsze butelki alkoholu. Dorcas Meadowes uważnie przyglądała się każdej twarzy, którą dziś zobaczyła. Sporej części ludzi kompletnie nie znała. Siedząc samotnie na fotelu umiejscowionym w głębi salonu, w półcieniu, po kolei obserwowała oczy, miny i gestykulację zebranych, przypominając sobie, czego dowiedziała się na ich temat przez cały swój pobyt w Dolinie Godryka.

Kingsley Shacklebolt. Auror, pracuje z Charlesem. Jest czarnoskóry, chociaż Black napomknął kiedyś, że jego nazwisko należało kiedyś do rodów Czystej Dwudziestki Ósemki, za czasów jej istnienia. Wysoki, zawsze ubrany w szaty czarodziejskie. Pewnie chce wyleczyć kompleks czystości krwi. Wcześniej nawet go nie zauważałam. Nigdy nie zamieniłam z nim słowa.

Bracia Prewett. Pieski Moody’ego bez własnego zdania. Słabe charaktery otoczone kupą mięśni. Nic więcej.

Dorea… jest piękna. Wydziedziczona z najszlachetniejszego magicznego rodu w Anglii. Otworzyła drzwiczki zejścia do piwnicy, kiedy Lupin mnie tam prowadził.

Mary i Alicja. Nie wiem dlaczego mi przykro, kiedy myślę o ich nienawistnych spojrzeniach, którymi raczą mnie od wczoraj. Nie miałam nadziei, że mnie przeproszą, ale ta ich bezczelność tylko utwierdza mnie w mojej decyzji. Jednak pierwsze wrażenie mam trafne. Nie mogę już nigdy o tym zapominać.

Ta para to chyba rodzice Alicji, państwo Summers. Al wspominała kiedyś, że ma otyłego ojca. Nie widzę grubszej osoby w tym pomieszczeniu. Nie dość, że zajmuje niejako dwa miejsca przy stole, to jeszcze ledwo utrzymuje się na krześle, tak jest pijany. Za to jej mama wygląda niesamowicie młodo i smukło.

Andy McKinnon co chwilę na mnie spogląda. Zupełnie jakby wiedział, co teraz siedzi mi w głowie. Nawet nie zapytał mnie o Turniej i o swojego brata. Już nie zdąży.

***

Równo o wpół do trzeciej nad ranem Meadowes wstała z łóżka. Najciszej jak tylko potrafiła, zrzuciła z siebie piżamę, po czym podeszła do szafy. Wyciągnęła z niej swoją bieliznę, dżinsy Evans i gruby sweterek Ann. Wciągnęła je na siebie cicho, a potem chwyciła kurtkę Mary, która była wykonana z prawdziwej skóry, a którą Macdonald dostała od Jamesa w zeszłym roku na święta. Oprócz tego wskoczyła w buty. Gdy wiązała sznurówki, uwięziona na noc w klatce Blanche zagruchała cicho. Dorcas skarciła się w myślach, że nie pomyślała o tym wcześniej. Podeszła do klatki i spojrzała na pięknego ptaka. Oczy zwierzęcia były szeroko otwarte i kryła się w nich wielka radość. Myśli, że znów gdzieś razem polecimy. Nie tym razem, moja droga. Wycelowała w nią różdżkę. Muffliato.

Kolejne zaklęcie pościeliło jej posłanie. Dziewczyna, doskonale przecież wiedząc, co ma zrobić, wyciągnęła jeszcze bordowe pudełeczko ze swojej szafki nocnej oraz pojemną sakwę z jej nagrodą za wygranie Turnieju. Spróbowała schować te przedmioty do kieszeni, które jednak okazały się zbyt małe. Poza tym Meadowes chciała jeszcze zwędzić trochę prowiantu z kuchni. Szybko więc zdecydowała, że musi również podprowadzić którejś z dziewczyn torbę. Po minimalnie krótkim namyśle padło na dużą, materiałową torbę Alicji, do której kiedyś chowały koc, kiedy szły poopalać się na polanie w lesie. Na samo wspomnienie tej chwili zrobiło się jej mdło. Odwróciła się do tyłu i spojrzała w stronę twarzy śpiących koleżanek, ale tylko dlatego, żeby sprawdzić, czy na pewno się nie przebudziły. Nie chciała spoglądać na nie „ten ostatni raz”. Nie potrzebowała tego. Chciała jedynie wyjść niezauważona. Prawie więc podskoczyła w miejscu, gdy zauważyła na jednym z dolnych łóżek wielkie, otwarte oczy Ann. Od razu wycelowała różdżkę w jej kierunku. Oczy patrzyły chwilę w jej kierunku, po czym zamknęły się powoli. Sama Winsborn w ogóle się nie poruszyła.

Przewidziało ci się, Meadowes. Jest ciemno.

Jej serce jednak zabiło szybciej. Bez wahania ruszyła w stronę schodów, cicho zamykając za sobą drzwi. W całym domu panował mrok. Nie paliło się żadne światło.

Lumos. Dobrze, że chociaż z czwartego piętra płynie miłość. To pewnie Emma i Gideon. Cóż, dla mnie lepiej. Mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś mnie usłyszy na tych schodach. W kuchni wezmę jakiś kawałek pieczywa i szynki, do tego butelkę wody i wychodzę jak najszybciej tarasem. Jeśli kogoś spotkam po drodze, będę musiała go uciszyć.

Długimi, ale cichymi susami w moment znalazła się w kuchni. Rozejrzała się chaotycznie, ale na dole nikogo nie było. Szybko więc wyciągnęła z szafki interesujące ją jedzenie. Razem ze szklaną butelką z sokiem pomarańczowym trafiło do środka zielonej torby. Meadowes ruszyła w stronę drzwi, nie patrząc się za siebie.

Kończę ten rozdział.

Dotknęła dłonią klamki i nacisnęła ją mocno.

- Wiedziałem, że to zrobisz – dobiegł ją z głębi kuchni niski, chrapliwy, osłupiający głos. Dorcas zatrzymała się wpół kroku nie wiedząc, czy ma się poruszyć. W końcu postanowiła puścić klamkę i spojrzeć do tyłu. Przy stole kuchennym, obok którego przechodziła jeszcze kilka sekund temu, siedział Szalonooki. – Wiedziałem, że będziesz chciała stąd uciec.

Kiedy mężczyzna zaczął podnosić się z krzesła i podchodzić do niej, opierając się na lasce, Meadowes zamurowało. W jej głowie jawił jej się dobry plan, żeby uniknąć tej konfrontacji. Wystarczyło tylko odwrócić się na pięcie i wybiec przez drzwi, których niemal dotykała plecami. Jednak zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że nie zdąży tego zrobić. Że zaklęcie Moody’ego będzie jeszcze szybsze. Ten moment zawahania ostatecznie pogrążył jej nadzieje. Alastor stanął przed nią tak blisko, że byłby w stanie złapać ją ręką, gdyby tylko zrobiła jakiś nieoczekiwany ruch.

- Tak – wydukała, postanawiając być szczerą. – Chcę odejść. Nie możesz mnie zatrzymać.

- Czyżby? – szepnął, wykrzywiając twarz w szyderczym uśmiechu. Jego krzywe, pożółkłe zęby znajdowały się na wysokości oczu Dorcas, a błękitne oko patrzyło na nią z taką intensywnością, jakby miało wywiercić jej dziurę w czole. – Myślisz, że komukolwiek pozwoliłbym stąd wyjść bez mojej wiedzy? Naprawdę sądzisz, głupia dziewczyno, że ja prowadzę wojnę i nie wiem, kto wyszedł pobiegać, kto do roboty, a kto po zakupy, hę?

- Pewnie wiesz – przyznała mu Meadowes, teraz już przywierając plecami do drzwi.

- Wiem – odpowiedział natychmiast. – A myślisz, że wyszliby za ten próg, gdybym im na to nie pozwolił?!

Jego cała postać osaczała dziewczynę ze wszystkich stron. Dorcas nie miała żadnej możliwości ruchu. Jej różdżka była skierowana prosto w drewnianą podłogę przedpokoju, a ręka opuszczona wzdłuż ciała nie miała jak się zgiąć.

- Oni wychodzą, bo ja tak chcę, rozumiesz? Nigdy odwrotnie. Więc nie wyjdziesz za te drzwi, Meadowes. Zakon ma zdrajcę.

- To nie jestem ja.

- Na razie. Jeśli wyjdziesz, to dla mnie już będziesz. Jesteś bankiem informacji o Zakonie. Pójdziesz do Karkarowa i mu to wyśpiewasz.

- Nie zrobię tego…

- Zrobisz. Więc jeśli wyjdziesz, będę musiał znaleźć cię przed nim.

Ton, jakiego użył Moody, zmroził Dorcas krew w żyłach. Stała jak skamieniała, nie mogąc się ruszyć. Wizja siebie, uciekającej przed czającym się w ciemnościach Aurorem była przerażająca. Wkrótce jednak Szalonooki odezwał się znów.

- Mógłbym ci kazać złożyć Wieczystą Przysięgę, że nikomu nic na ten temat nie powiesz. Ale to nie daje mi żadnej pewności. I tak mogłabyś opowiedzieć Śmierciożercom wszystko, co o nas wiesz. Po prostu później byś umarła.

Dorcas poczuła, że jej policzki robią się gorące od złości i upokorzenia. Nie mogła sobie darować, że nie wybrała drogi ucieczki przez okno w pokoju na piętrze. Patrzyła bezradnie na Moody’ego, ale mimo wszystko wciąż nie mogła przestać go podziwiać. Nie dość, że bez zaklęć obezwładnił ją totalnie, to jeszcze nic się dla niego nie liczy. Była pewna, że wysłałby ją na śmierć, gdyby tylko widział w tym cel. Nie był dobrym człowiekiem. Był bezlitosny.

- Wracaj na górę, Meadowes. I pamiętaj, że ty już wybrałaś swoją stronę w tej wojnie. Z Zakonu Feniksa się nie odchodzi.

Moody odsunął się od niej i odwrócił. Zaczął powoli iść schodami w górę. Dorcas poczekała, aż zniknie z jej pola widzenia. Domknęła uchylone drzwi.

Z Zakonu Feniksa się nie odchodzi… żywym. To chciałeś powiedzieć?

Kiedy stawiała stopy naprzemiennie, kierując się z powrotem do łóżka, zorientowała się, że drży z emocji. Jedną decyzją związałam się z Zakonem na całe życie. Moody mi nie odpuści. Ścigałby mnie, aż by mnie znalazł. A wiem, co on potrafi zrobić z lepszymi czarodziejami niż ja.

Rozebrała się i znów ukryła pod kocem. Przewróciła na bok, a wtedy dostrzegła niebieskie, szeroko otwarte, wpatrzone w nią oczy z przeciwległego końca pokoju. Ann uśmiechnęła się do niej delikatnie, a potem powoli opuściła powieki.

***

We wtorek Meadowes spała do późna. Słońce wdzierało się przez niedokładnie zaciągnięte zasłony wielkiego okna. Niestety otwarcie oczu było równoznaczne z powrotem niezbyt przyjemnych wspomnień wczorajszej nocy. Dziewczyna przybrała skwaszoną minę. Postanowiła już więcej nie myśleć o tej sytuacji. Ubierała się powoli, choć nie przywiązywała wagi do tego, co na siebie zakłada. Długo czesała włosy, przy okazji zauważając, że znacznie jej urosły, odkąd ostatni raz je układała. Pogrzeb matki wydawał jej się wydarzeniem tak odległym w przeszłości, jakby miał miejsce parę lat temu, choć minęły zaledwie trzy miesiące. Nie miała jednak ochoty zastanawiać się i nad nim. Nie chciała myśleć o wszystkich rzeczach, które jej się ostatnio przydarzyły.

Zeszła do kuchni, na schodach mijając tylko Molly Weasley z dzieckiem, które ledwo dawało radę unieść nóżkę na tyle wysoko, by pokonać kolejny stopień. Kiedy ruda kobieta ją zauważyła, chwyciła szybko malucha na ręce i bez słowa przyspieszyła. Dorcas przewróciła oczami, ciesząc się w duchu, że nie zdążyła powiedzieć jej „cześć”. Kiedy wkroczyła do kuchni, rozmowa przy stole ucichła. Dorcas zlustrowała wzrokiem obecnych. Siedziała tu Emmelina, Hestia, Benio, Peter i Emilia Macdonald. Jedli jakieś ciasto, które musiała przynieść mama Mary. Zapach parzonej kawy unosił się w powietrzu. Meadowes przeszła spokojnie do kuchni, nie zwracając na nich więcej uwagi. Spojrzała za to na staroświecki, stojący zegar. Było dwadzieścia minut po południu.

Czuła duży apetyt, ale kompletnie nie miała ochoty, by spędzać w kuchni więcej czasu niż wymaga tego absolutne minimum. Wrzuciła więc sobie trzy świeżo upieczone pączki na talerz, do szklanki nalała soku i odwróciła się na pięcie. Ruszając, zderzyła się niemal z klatką piersiową Gideona Prewetta.

- O, śpiąca królewna wstała!

Meadowes zadarła brodę w górę, żeby uraczyć bezczelnego faceta zdegustowaną miną. Ten jednak na nią nie patrzył.

- Nie mów tak do mnie – warknęła.

- Jak chcesz – wzruszył ramionami. – Niezła bluzka – rzucił, chwytając za rękaw szarego, sporo za dużego T-shirtu, który miała na sobie. – Johnson ci pożyczyła?

- Żebyś wiedział.

Ruszyła w stronę schodów. Po drodze rzuciła jeszcze gniewne spojrzenie siedzącym w jadalni, którzy ewidentnie zamilkli, kiedy Gideon się odezwał i bacznie obserwowali sytuację.

- Co ty, Czarna… nie gadasz już ze mną?

Tego już za wiele. Gwałtowne zatrzymanie w miejscu spowodowało wylanie półowy szklanki napoju. Dorcas odwróciła się na pięcie, zastanawiając się, jak można być aż takim prowokatorem jak on.

- Co ty sobie wyobrażasz? – krzyknęła. Niestety odległość, która ich dzieliła była na tyle duża, że nie mogła wylać mu resztki soku w twarz. – Mam jeszcze z tobą rozmawiać po tym wszystkim?!

Publika przy stole nawet się nie poruszyła, chcąc pozostać całkowicie niezauważonymi. Wszyscy wpatrywali się w Meadowes, chcąc wyłapać każde jej słowo. Prewett zaś wyglądał na rozbawionego.

- Po czym? Po tym incydencie?

- Incydencie?!

- To zależy, czy chodzi ci o incydent z górnego piętra, czy z dolnego piętra. Nie wmówisz mi, że masz do mnie o to żal, Czarna – zaśmiał się, krzyżując ręce na piersi i opierając się pośladkami o krawędź kuchennego blatu.

- Mam – warknęła, tracąc nad sobą panowanie. – Okłamałeś wszystkich, że zdradziłam Zakon. Jak mam, do cholery, nie mieć do ciebie żalu?

- Nie okłamałem – odpowiedział, podnosząc głos. – Zadaliśmy złe pytanie, ale to ty wtedy nie powiedziałaś prawdy. Tak naprawdę, kłamczucho, byłaś w tej piwnicy na własne życzenie.

Meadowes poczuła, że zaczyna drżeć z furii. Docisnęła mocniej lewą ręką różdżkę do dna talerzyka z pączkami, żałując, że nie może rzucić na niego żadnej okrutnej klątwy.

- A co, oczekujesz moich przeprosin? – zadrwił. – Przestań robić wokół siebie jeszcze większe zamieszanie, królewno. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia.

Szklanka rozbiła się na szafce, tuż nad głową bliźniaka, rozpryskując czerwony sok po całej kuchni. Talerz z pączkami pofrunął tuż za nią.

- Protego! – wrzasnął Gideon, ale Dorcas już biegła na schody. – Ty jesteś psychicznie chora!!! Ale i tak cię lubię, Czarna!

Paroma susami znalazła się na drugim piętrze. Drzwi swojego pokoju otworzyła mocnym kopniakiem, po czym od razu je za sobą zatrzasnęła. Oparła się o nie plecami, zamknęła oczy i odetchnęła głęboko.

- No proszę – usłyszała nagle manieryczny głos przed sobą. – Jasne, rozwal nam cały dom. Zachowujesz się jak dziecko. Nie, ja nawet nie chcę z nią spać w jednym pokoju.

- Mary! Przestań!

Meadowes uśmiechnęła się połowicznie i otworzyła oczy. Naprzeciwko niej stała wspomniana przyjaciółka z Alicją oraz Ann. Ta ostatnia była wyglądała, jakby miała w planach ratować sytuację.

- Co „przestań”? Co „przestań”? Annie, miej do nas trochę szacunku! Ja nawet do składu na miotły bym tak nie weszła! Ale cóż… może wchodzi jak do siebie.

- Petrificus Totalus!

- Dorcas!!!

Bezwładna, sztywna Mary była bardzo zabawnym widokiem.

- Finite Incantatem! Wiesz, co? Jak ty mogłaś!!! – krzyczała Alicja, patrząc na Meadowes z czystą pogardą. Ta jednak wzruszyła ramionami i, teraz już spokojnie otworzyła drzwi. Wyszła w stronę toalety z zamiarem nalania sobie całej wanny gorącej wody i zanurzenia się w niej na dobre dwie godziny, żeby przynajmniej w tym czasie nie musieć nikogo spotkać.

***

Po dwóch godzinach błogiego relaksu w wannie Meadowes wskoczyła w szlafrok, a mokre włosy jedynie przetarła ręcznikiem i zostawiła rozpuszczone. Nie miała ochoty wracać do pokoju, mimo że przeczuwała, że może nikogo tam nie zastać. Z resztą nie bała się konfrontacji. Nie czuła żadnych wyrzutów sumienia związanych ze wcześniejszymi sytuacjami. Myślała o nich chwilę, kiedy leżała w gorącej wodzie, ale poczucie winy nie nadeszło. Wprawdzie żałowała trochę, że nie wycelowała lepiej tą nieszczęsną szklanką z sokiem, gdyż Gideon zasługiwał na co najmniej złamanie nosa za swoją butę. W stosunku do Mary i jej głupich docinek złość jej już przeszła. W sumie zniknęła całkowicie, kiedy tylko rzuciła zaklęcie. Nie obchodziło ją, jak Macdonald czuje się z tą sytuacją, ale o ile pamięć ją nie zawodziła, dziewczyna trzymała różdżkę w ręku, gdy ciepły, silny strumień powietrza, który był typowy dla zaklęcia petryfikującego uderzył w jej pierś. Miała pełne prawo i możliwości do obrony, co w mniemaniu Meadowes dawało jej z kolei pełne prawo do ataku. Myśląc o tych wszystkich incydentach zdecydowała więc, że musi się po części dostosować do reguł gry panującej w Kwaterze. Postanowiła też przy tym wszystkim zachować zdrowy umiar i własne zasady. Była świadoma swojej lekko przesuniętej granicy moralności, porównując siebie do niektórych członków, a szczególnie członkiń Zakonu Feniksa, ale wiedziała też, że są tu ludzie znacznie gorsi od niej pod tym względem. Pokornie przyznała przed sobą, że nie może nadskakiwać Alastorowi Moody’emu, bo może się to łączyć z bezpośrednią utratą zdrowia, godności, a co najgorsze, życia. A Dorcas swoje życie uznawała za wartość nadrzędną.

Wyszła za drzwi, a chmura gorącej pary wodnej buchnęła na korytarz. Nie zdążyła przejść nawet do kolejnego okna, gdy nagle ktoś zaczął ją gonić.

- Dorcas! Poczekaj! Chcę pogadać.

Meadowes obróciła się zaskoczona, nie rozpoznając dokładnie ciepłego, męskiego głosu. Tym bardziej zdziwiła się, gdy zobaczyła Petera Pettigrew, który teraz stał już przy niej, uśmiechając się szeroko. Dorcas parsknęła śmiechem, nie mogąc się powstrzymać.

- Co? – zapytał lekko zmieszany.

- Nic – odrzekła. – Nie spodziewałam się, że ktoś się do mnie uśmiechnie w taki sposób jak ty – powiedziała czule. – A już zwłaszcza dzisiaj.

Blondyn również zaśmiał się krótko.

- Chciałbym z tobą porozmawiać – powiedział oficjalnym tonem.

Dorcas podeszła do parapetu i wskoczyła na niego. Uchyliła okno i przypomniało jej się, że jeszcze niedawno rozmawiała z Syriuszem Blackiem dokładnie w takich samych okolicznościach. Na samo wspomnienie poczuła się dziwnie. Black, choć cały czas wydawał się jej niesamowicie intrygujący, już któryś raz pojawił się w sytuacji, która ogólnie miała dla niej negatywny wydźwięk.

- Przecież rozmawiamy. Masz fajkę? – spytała, odwzajemniając jego uśmiech.

- Nie. My z Jamesem nie palimy.

- Acha. No, więc o czym chciałeś gadać?

Peter przełknął ślinę. Wyglądał na delikatnie zestresowanego. Podwinął rękawy granatowego swetra i spojrzał jej bezpośrednio w oczy.

- Chciałbym, żebyś wiedziała, że masz moje pełne wsparcie. Od początku wiedziałem, że to nie ty i nadal tak uważam. Z resztą widzę, jak traktują cię inni. Wiesz, cały czas jesteś na językach. Źle postępują, ale nie chciałbym, żebyś przez to odeszła, albo się źle tu czuła… – wypowiedział, coraz mocniej się czerwieniąc. Dorcas położyła mu dłoń na ramieniu w geście wdzięczności.

- Nie odejdę – zapewniła go. Bo nie chcę zesłać na siebie gniewu Szalonookiego czarodzieja.

- Wiedziałem! – na twarz chłopaka powrócił szczery uśmiech. – Widać, że masz silny charakter. Pewnie przez myśl ci nie przeszło, żeby się tym wszystkim przejmować, no nie?

Prawda, która popłynęła z jego ust, ugodziła ją dotkliwie. Mam silny charakter. Ja po prostu nie miałam ochoty, żeby tu z nimi dłużej przebywać. Mam naprawdę silny charakter. Przecież tak bardzo się tym nie przejmuję.

- Niespecjalnie – rzuciła oschle.

- I chciałbym cię jeszcze najmocniej przeprosić… wtedy, w sobotę, jak wróciłaś… wiesz, że ja nie mogłem nic zrobić. Gideon, a z resztą Alastor… nawet James i Syriusz nic nie zrobili…

- Rozumiem – przerwała mu Meadowes. – I doceniam to, co mówisz. Uwierz mi. Będę lecieć, Pete.

Zeskoczyła z parapetu i na pożegnanie klepnęła go kilka razy w ramię, czując się niesamowicie głupio ze swoim kompletnym brakiem umiejętności okazywania uczuć. Nie wiedziała, czy wyszło dostatecznie miło, tak jak chciała, więc tym szybciej odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła w stronę schodów.

- Hej, Dorcas! – krzyknął jeszcze chłopak, a ona odwróciła się przez ramię. – Przychodzicie do nas wieczorem na symbolicznego drinka? Są urodziny Mary… Alicja mówiła, że macie dla niej jakiś prezent.

- Nie, ale dzięki za zaproszenie. Ja już jej dałam prezent – zaśmiała się z własnego sarkazmu i zniknęła za ścianą, zeskakując ze stopni.

Dzięki Peterowi odzyskała krztę dobrego humoru. Cieszyła się, że do niej przyszedł. Nie żywiła nadziei, że takie sytuacje się jeszcze wydarzą i tak naprawdę każdego mieszkańca zżerają od środka wyrzuty sumienia, ale to było miłe. Mały uśmieszek nie schodził więc z jej twarzy, gdy na trzecim piętrze usłyszała podekscytowane, przyciszone głosy dochodzące z jednej z sal. Zdziwiło ją to na tyle, że postanowiła się zatrzymać. W pół sekundy uświadomiła sobie, że na pewno rozmawiają o zdrajczyni wypuszczonej na wolność. Podeszła do zamkniętych drzwi z numerkiem „40” zamontowanym do góry nogami. Kiedy upewniła się, że nikogo nie ma na korytarzu, zbliżyła ucho do jasnego drewna. Szybko okazało się, że nie pomyliła się co do tematyki rozmowy.

- Też tak myślę. Zostaliśmy postawieni pod ścianą.

- To było naprawdę niesprawiedliwe! Sam Moody to przyznał!

Dorcas skrzywiła się, wytężając słuch. Niestety nie mogła zidentyfikować głosów, bo były bardzo przytłumione, ale w środku mogło być około sześciu osób, raczej dorosłych.

- Teraz już i tak nic nie zmienimy. Trzeba było myśleć wcześniej.

- Niestety masz rację – odezwał się kobiecy głos.

- Ale Mandy, ja mam małe dzieci, a kolejne w drodze. Tak, jestem w ciąży i nie czuję się tu bezpiecznie. Po prostu.

Molly Weasley. A Mandy musi być matką Alicji.

- Wszystko dałoby się odwrócić – zaczął znów mężczyzna – gdyby nie to, że Dorea i Charles traktują go jak syna.

- Tak.

- Uwierz mi, że ja zagłosowałem tylko z tego powodu.

- Przecież Moody jest dowódcą! Wszyscy powinni go słuchać! A gdyby Black nie miał nic na sumieniu, to nie bałby się tego udowodnić. Och, nie bądźcie głupi. To syn swojego ojca.

- A tylko Dearborn się postawił.

- Tak, tylko on! Tylko on, a wiesz dlaczego? – krzyknęła Molly, teraz już rozedrgana. – Szczerze mówiąc, ja się bałam! Bałam się go. Bałabym się tego, co może mi zrobić, jeśli się mu postawię. Zrobiłabym to, gdyby więcej osób chciało go sprawdzić. A wy… nie wiecie. Nie wiecie o pewnych… sytuacjach.

- Co masz na myśli?

- Nieważne. Ale trafiłeś w punkt, mówiąc że to syn swojego ojca. Od zawsze taki był. Od dzieciaka.

- Mol, czy chcesz mi o czymś powiedzieć?

Artur Weasley. Teraz już na pewno.

- Nie – ucięła szybko kobieta. – Po prostu mówię, że on nie jest taki, jak James. To nie jest syn Potterów i nigdy nim nie będzie. Dlatego po prostu powinniśmy następnym razem… choć mam nadzieję, że nie będzie następnego razu, następnej zdrady… ale jeśli… myślę, że powinniśmy wtedy się postawić.

Rozmowa nieuchronnie biegła ku końcowi lub zmianie tematu, więc Dorcas postanowiła się ulotnić. Usłyszała już dużo. Szybko, na palcach doskoczyła do schodów i przeszła już spokojnie na dolne piętro. Weszła do pokoju. Na szczęście nikogo w nim nie było.

Wygląda na to, że Moody podejrzewał Syriusza o zdradę. Zakon musiał głosować i nikt nie chciał go sprawdzić. Teraz wszystko zaczyna się zgadzać. Gdyby to był Black, nie uwalniałby mnie z lochu. Tym samym podejrzenia jeszcze bardziej padają na niego. Pozbył się kozła ofiarnego, co jest prawie zapewnieniem, że to nie on. Słyszałam, jak Moody kazał Prewettom go obserwować. To musiało być dla niego ciężkie. Muszę przyznać, że mi było przykro, kiedy wszyscy podejrzewali mnie, a ja znałam ich może trzy miesiące. A on? Mieszka tu od dziesięciu lat. Cóż, przynajmniej nie zamknęli go w zatęchłym lochu. Ale jakby to zrobili, czy ja poszłabym go uwolnić? Pewnie nie.

Nagle drzwi otworzyły się z impetem, a do pokoju wpadł lekko zdyszany Remus Lupin.

- Dorcas. Dowództwo zwołuje zebranie Zakonu w Sali Zebrań w trybie natychmiastowym.

Jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął, zostawiając Dorcas w osłupieniu. Oficjalny ton, jakim ją uraczył był żenujący. Zanim się ubrała, w lustrze spróbowała odwzorować jego nadętą minę, po czym wyszła z pokoju, szykując się już psychicznie na dumne wejście z wysoko podniesioną głową pomiędzy wszystkich członków Zakonu Feniksa.

  6 comments for “13. DORCAS: Wybrałam swoją stronę w wojnie

  1. ~Lumorożec
    1 listopada 2017 o 10:52

    Ojej…Co raz bardziej mnie zaskakują wasze Nowe rozdziały. Po prostu Ulala… Nic dodać, nic ująć. No może oprócz tego że tak długo muszę czekać na następne rozdziały. Ale rozumiem Was. I czekam na następny rozdział! ~ Lumorożec

    • ~Furia
      1 listopada 2017 o 23:47

      Dziękuję bardzo i zapraszam na PROLOG na stronie głównej❤

  2. ~AT
    2 listopada 2017 o 22:54

    Przeczytałam dokładnie, ale jestem ledwo żywa więc jutro dodam dokładny komentarz :)

    • ~Furia
      3 listopada 2017 o 00:31

      Czekamy niecierpliwie!

      • ~AT
        3 listopada 2017 o 17:20

        Dorcas musi czuć się bardzo, ale to bardzo skrzywdzona po tym wszystkim. Po swojemu myślę, że również upokorzona. Zamknęli ja, wzięli za zdrajczynie i klamczuche, a potem Syriusz ją wypuścił. Myślę, że po prostu ma dość tego calego towarzystwa, przestała im ufać. I wcale się jej nie dziwię :) Jeszcze Mary… ja rozumiem, naprawde rozumiem że niepewna jest w stosunku do Dorcas, ale powinna jej troche odpuścić. Zwłaszcza, że oskarżenia okazały się niesłuszne :) Gideon Prewett nie ma za grosz wyczucia! Przecież Dorcas teraz potrzebuje chwili oddechu od niego. Dłuuuuuższej chwili. :) Przez Alastora Moodego Dorcas czuje się w Zakonie chyba trochę jak w więzieniu. Dziwny jest ten Zakon Feniksa. Ale go rozumiem. Wydaje mi się ze brakuje w nim kogoś takiego jak Dumbledore. :)Nie podoba mi się to, że Dorcas gada z Peterem. Peter nie jest osobą godną zaufania, Dor! :) Syriusza dalej podejrzewaja o zdrade? Co za idioci! Co za idioci! Co za idioci! :) A co do konca….oj Remusie nie bądź taki formalny. A ty Dorcas Meadowes pokaż wszystkim że jesteś silna!

        • ~Furia
          4 listopada 2017 o 00:38

          Gideon Prewett ma 34 lata i jest doświadczonym życiowo facetem (o tym kiedyś!). A Zakon Feniksa to nie jest instytucja typu „Gwardii Dumbledore’a”. Tu nie ma miejsca na żarty, zabawy czy fochy. Czy tu będzie zawsze kolorowo i czy Zakon zawsze będzie postępował tak, aby wszystkim było dobrze? Z pewnością nie. Jednak sądzę, że Moody, naczelny dowódca Zakonu, wyznaje zasadę, iż działanie dla większego dobra uświęca środki :)
          Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.